sobota, 13 stycznia 2018

Brzydko

Jadę autobusem i podziwiam piękno świata. Słońce razi mnie w oczy. Patrzę na ludzi, którzy nie myślą o tym co jest teraz, gdzieś pędzą. To wszystko jest w przyszłości. Ktoś wyszedł z psem na spacer. Obok dwójka małych chłopców uderza patykami w pień drzewa. Obserwuję jedyny taki moment w całych dziejach ludzkości. Dokładnie taka chwila nie powtórzy się już nigdy. I po raz kolejny zdaję sobie sprawę jakie to wszystko jest cudowne: to życie, ludzie mnie otaczający, świat którego funkcjonowanie na zawsze zostanie tajemnicą. Jestem szczęśliwa, że dane jest mi być tu gdzie teraz jestem. Czuję, ze wszystko jest idealnie tak, jak powinno być. Doceniam to tak bardzo, ze boję się zrobić cokolwiek, by tego nie zepsuć. Ale wiem, że ja też idealnie się wpasowuję i nie muszę nic robić, nie muszę się starać. Z tej radości chce mi się płakać. Jednocześnie czuję przemijanie. Moje obserwowanie tej chwili sprawia, że ona przemija. A ja czuję, że muszę się z nią pożegnać, muszę pożegnać się ze wszystkim. Zupełnie tak jakbym miała zaraz odejść, jakbym miała umrzeć, i nie jest to pierwszy raz kiedy tak się czuję. I wiem, że raczej nie ma szans żebym dziś umarła. Nie ważne jak bardzo bym tego pragnęła.

wtorek, 8 sierpnia 2017

VIII

Codziennie się budzę
dzwonię do ciebie
cieszysz się
rozmawiamy długo
musisz iść
Kocham Cię
cisza


a potem się budzę

środa, 24 maja 2017

Pomocy

Masz balon
-pusty-
napełniasz go
ogromem wdechów
różnych
Masz balon
-pełny-
pomóż mu
łapiesz
tniesz
pęka
goi się
Masz balon
-cały-
W błocie, w bagnie
-na powierzchni-
oddychaj
W błocie, w bagnie
-tonę-

czwartek, 27 kwietnia 2017

Drewno i ogień

Często zastanawiałam się czy jak teraz umrę to będę żałować. Myślałam nad tym czego jeszcze nie zrobiłam i co mogłabym zrobić, z kim potrzebuję porozmawiać. Jak sprawić by być w zgodzie z samą sobą. Zawsze jednak dochodziłam do przekonania, że jestem gotowa na śmierć, że wszystko co się do tej pory zdarzyło było sprawiedliwe. Nie byłoby mi żal umierać dokładnie w tym momencie. Tego ranka też miałam w głowie takie myśli. Nie wiedziałam wtedy jednak co mnie czeka później. 
Obudziłam się w ciemnym, zimnym i nieprzyjemnym miejscu. Bolała mnie głowa, prawdopodobnie od wcześniejszego uderzenia. Po kilku minutach moje oczy zaczęły przyzwyczajać się do ogólnie panującego mroku. Rozejrzałam się po pomieszczeniu: nie było duże, a jedynym źródłem światła była mała żarówka nad drzwiami naprzeciw mnie. Nie było tu ani okien ani żadnych mebli, podłoga jak i ściany wykonane były chyba z kamieni o niezbyt równej powierzchni. Usiadłam i oparłam się plecami o ścianę. Dopiero po dłuższej chwili, gdy opanowałam zawroty głowy, zauważyłam, że nie jestem tu sama. Obok mnie leżały jeszcze cztery osoby. Nie były przytomne, ale chyba żyły. Taką przynajmniej miałam nadzieję. Z tego co udało mi się ustalić razem ze mną uwięziono jeszcze 2 dziewczyny i dwóch chłopaków. Dziwne było to, że nie bałam się. Choć to zupełnie bez sensu, byłam raczej ciekawa. Ktoś po mojej prawej poruszył się, przewrócił na plecy i podniósł rękę do głowy.  Był to chłopak o ciemnych włosach. Domyśliłam się, że został uderzony tak jak ja.
-Hej - powiedziałam. Nie miałam w zamiarze go przestraszyć, jednak chłopak drgnął i o odsunął się pod ścianę. Nadal dzieliła nas niewielka odległość, ale rozumiem jego reakcję. - Przepraszam, ja ... nie chciałam. - Dopiero teraz chłopak podniósł na mnie swój wzrok. Jego oczy były wielkie i tak brązowe, że w tym ciemnym pomieszczeniu wydawały się całkiem czarne. Po szybkim spojrzeniu na mnie mój kolega z celi rozejrzał się po pomieszczeniu, dłużej patrzył na trzy jeszcze nieprzytomne osoby.
-Gdzie jesteśmy? - spytał, ciągle patrząc na pozostałych.
-Nie wiem. Dopiero się ocknęłam. - Chłopak jakby dziwiąc się, że otrzymał odpowiedź, szybko przerzucił swoją uwagę na mnie.
-Myślisz, że... - zdanie nie zostało dokończone, bo przerwał je nagły dźwięk otwieranego zamka w drzwiach.
Popatrzyłam na chłopaka. Sprawiał wrażenie sparaliżowanego strachem, ja za to czułam odrealnienie, tak jakby to wszystko było jedną wielką halucynacją. Drzwi powoli zaczęły się otwierać, wydając przy tym nieznośny dźwięk. Kątem oka widziałam, że trójka śpiących do tej ludzi, zaczyna się budzić. Drzwi całkowicie się otworzyły, a przed nami stanęła ciemna postać, po budowie ciała można było poznać, że to mężczyzna. Stał chwilę patrząc na nas z góry i jakby nas oceniając. Po chwili zrobił krok tak, że żarówka nad drzwiami oświetliła jego twarz. Było to człowiek zdecydowanie po czterdziestce, wyglądał na chorego albo po prostu bardzo zmęczonego. Miał prawie całe włosy siwe, podobnie z kilkudniowym zarostem. Na sobie miał stare jeansy i trampki oraz szarą, luźna koszulkę. Był raczej wątłej budowy, wzrostu nie mogłam ocenić ze swojej leżącej perspektywy. Nieznajomy sprawiał wrażenie spokojnego o opanowanego. Nie przyszedł nam jednak z pomocą. Nie był wcale zdziwiony a to znaczy, że doskonale wiedział a piątce nastolatków uwięzionych w jego piwnicy.
-Idziemy - powiedział cichym aczkolwiek silnym głosem. - Róbcie co mówię a nic wam się nie stanie. - Po tych słowach, mężczyzna wyszedł. Chciał, żebyśmy my podążyli za nim. Spojrzałam na resztę, chłopak który ocknął się pierwszy patrzył na mnie pytająco, pozostali dopiero dochodzili do siebie.
Po chwili stałam już na nogach, głowa rozbolała mnie z nową siłą. Zachwiałam się, lecz chłopak po mojej prawej też zdążył już wstać, i mnie złapać.
-Chyba najrozsądniej będzie za nim iść. Powiedział, że nic nam się nie stanie, jeśli będziemy go słuchać.
-I ty wierzysz? Co jeśli to jakiś psychol? W końcu porwał nas i zamknął tutaj - odezwała się dziewczyna, która leżała w kącie obok mnie. Była to drobna blondynka, a jednak sprawiała wrażenie silnej.
-Przecież nie możemy tu zostać. - Tym razem odezwał się drugi w naszym gronie chłopak. - Idźmy za nim. - dodał i jak gdyby nigdy nic wyszedł z pomieszczenia. Nie pozostało nam nic innego jak pójść w jego ślady.
Wyszliśmy na ciemny korytarz, drogę oświetlała nam jedna żarówka podobna do tej z naszej celi. Pierwszy chłopak był już w połowie schodów na górę, za nim szła dziewczyna mojego wzrostu z ciemnymi włosami, potem ja, brunet i na końcu blondynka. Wszyscy dostaliśmy się na górę. Dom nie wyróżniał się niczym szczególnym. Ściany miały jasny kolor, na podłodze leżały panele. Nie było tu jednak żadnych mebli.Po lewej były drzwi do jednego pokoju, po prawej dwa inne.Tam czekał już na nas mężczyzna, który przyszedł wcześniej do piwnicy. Porywacz stał przy jedynych otwartych drzwiach po prawej. Wzrokiem zaprosił nas do środka. W milczeniu zrobiliśmy to czego od nas oczekiwał. Był to niezwykle duży pokój z jednym oknem naprzeciwko drzwi. Ściany były dość zniszczone, farba praktycznie całą zdrapana. Na podłodze leżały stare, podrapane panele. Okna nie zakrywały firanki, były tam jednak kraty. Nie zdążyłam nawet pomyśleć o ucieczce, bo przestraszył mnie dźwięk zamykanych drzwi. Staliśmy grupą na środku pokoju, przy drzwiach stanął mężczyzna z piwnicy oraz dwóch innych. Byli dobrze zbudowani, oboje mieli krótkie włosy i ciemne ubranie. Domyślam się, ze to oni zajęli się porwaniami. Ten, który stał po prawej stronie mężczyzny, którego poznaliśmy jako pierwszego wręczył mu jakąś podłużną rzecz. Nie wiem dokładnie co to było, przypominało trochę dzidę tylko krótszą, może metrową. Ten widok tak mocno na mnie podziałał, że serce mi przyśpieszyło. Po prostu bałam się. Dopiero teraz obudził się we mnie strach.
-Pod ścianę - powiedział, wskazując dzidą miejsce zaraz obok drzwi. Rozejrzałam się po reszcie grupy. Wszyscy stali jak wryci, nikt nie chciał stać tak blisko tych trzech mężczyzn. -Chcecie żyć? - spytał spokojnym głosem.
Moje przerażenie było ogromne. Nagle dotarła do mnie prawdziwość porwania, kamiennej posadzki w piwnicy, braku możliwości ucieczki. Nagle zrozumiałam, że chcę żyć. Tylko jak wierzyć komuś, kto trzyma ostro zakończony przedmiot, który potencjalnie może zabić? Zerknęłam na bruneta, jego wzrok skupiony był na dwóch osiłkach, którzy blokowali drogę ucieczki. Możliwe, że obmyślał właśnie plan ucieczki. Postanowiła zrobić to co kazał porywacz. Dotarłam do miejsca wskazywanego nadal przez koniec dzidy. Pozostali ruszyli w przeciwną stronę, ustawiając się pod oknem. Nieznajomy kiwnął głową na swoich pomocników, a oni ustawili się na środku pomieszczania ,oddzielając pozostałych ode mnie. Mężczyzna ciągle trzymając dzidę wymierzoną w moją stronę, stanął przede mną.
-Dobrze - powiedział i uśmiechnął się. Nagle tak szybko, że ledwo zdążyłam zauważyć, zamachnął się dzidą w kierunku mojej głowy. Zauważyłam tylko jej ostry koniec, lecz jedyne co mogłam zrobić to krzyknąć. Byłam maksymalnie przerażona. Chciałam żyć, lecz nie było już dla mnie wyjścia z tej sytuacji. Cios był tak silny, że uderzyłam plecami o ścianę. Poczułam ogromny ból, ale nie w głowie tylko w gardle. Spojrzałam przed siebie i ujrzałam zadowolenie i satysfakcję na twarzy mojego oprawcy, które ciągle naciskał na dzidę tak, że nie mogłam się osunąć na ziemię. Widziałam też samą dzidę, a raczej jeden z jej końców. Drugi tkwił w mojej buzi, mogłam oprzeć na niej swoje zęby. W tym momencie przyszła mi do głowy myśl; jeśli teraz umrę czy będzie i szkoda? I po raz pierwszy odkąd pamiętam, chciałam żyć. Mężczyzna pchnął jeszcze raz dzidę i nagle zabrał z niej swoje ręce. Wydobył się ze mnie krótki i głośny krzyk. W tle słyszałam też krzyki innych. Bardzo bolało mnie gardło, nie głowa.  Nie od razu upadłam na ziemię, dzida musiała wychodzić z drugiej strony mojej głowy. Najpierw musiałam odsunąć się od ściany. Zamknęłam oczy i pozwoliłam, by grawitacja zrobił swoje. Upadłam na podłogę, głowę oparłam o ścianę, zamknęłam oczy i postanowiłam, że zrobię jedyną rzecz, która może mnie uratować. Będę udawała, że nie żyję. Tkwiłam więc w tej beznadziejnej sytuacji, ledwo oddychając i nadal walcząc o życie. Nie wiem jak długo to trwało, ale usłyszałam w końcu znajomy cichy i pewny głos:
-Chłopcy, ona jeszcze żyje. - Wiem, że to było o mnie. Usłyszałam gdzieś w oddali otwierające i zaraz zamykające się drzwi. Otworzyłam oczy. Przede mną kucał ten sam człowiek, który przed chwilą próbował mnie zabić. Choć jego usta się nie uśmiechały, oczy były pełne radości. Radości i szaleństwa.
-Podnieście ją - powiedział i zaraz podeszło mnie dwóch pomocników. Reszta byłą pilnowana przez jeszcze jednego osiłka w ciemnym stroju, pewnie przed chwilą dołączył. Postawiono mnie na nogach. Ból był niesamowity, a ja nie mogłam dać jego upustowi. Jeden z nich stanął za mną i trzymał mnie, żeby się nie przewróciła. Drugi patrząc mi prosto w oczy bez żadnych emocji jakby to było coś co robi codziennie, zakładał mi na szyję sznur. Najpierw włożył go na kawałek drewna wystającego z mojej buzi, potem na głowę. Gdy już  sznur znalazł się na mojej szyi, osiłek podszedł do małej kupki jakichś szmat na środku pokoju i ją podpalił. Następnie podszedł do mnie. Facet, który do tej pory mnie podtrzymywał z tyłu odsunął się. Stałam więc sama z dzidą w ustach i sznurem na szyi. Moje towarzysze z cele stali w kącie pilnowani przez jednego z tych potworów. Ich szef patrzył jednak na mnie przez dłuższą chwilę. Gdy już skończył podziwiać, wyciągnął z kieszeni małą buteleczkę i oblał mnie płynem, który w niej się znajdował. Próbowałam się bronić, ale nie bardzo miałam na to siłę. Zdałam sobie sprawę, że to benzyna. I już wiedziałam jak zginę. A ja tak bardzo chcę żyć. Jeden z osiłków sięgnął po linę i pociągnął mocno w kierunku ognia, musiałam za nim iść. Spojrzałam  w dół. Moje ubranie było zakrwawione, ja nawet nie czułam że krwawię, po prostu okrutnie bolało mnie gardło. Lina została przymocowana do haka na suficie znajdującego się nad źródłem ognia. Ja z kolei zostałam na krzesełku tuż obok samego ognia. Całą ta konstrukcja sprawiała, że gdy krzesła nie będzie już pod moimi stopami, zawisnę nad płomieniami. Ten z osiłków, które założył mi sznur na szyję naciągnął linę i przywiązał ja do gwoździa w podłodze przy ścianie. Podszedł mnie ten, który pierwszy mnie okaleczył i stanął naprzeciw mnie. Ręce trzymał skrzyżowane na piersi, patrzył mi prosto w oczy jakby szczycąc się wygraną.
-Nienawidzę tchórzy - powiedział i kopnął krzesło.

wtorek, 4 kwietnia 2017

Bez tytułu

Spotkałem los
 cios.
Padłem od ran
 plan.
Straciłem się
 śpię.
Nie ma już cię
 tkwię.

sobota, 11 lutego 2017

Uciekaj

Znowu uciekamy. Nie potrafię już z liczyć który to raz zmuszeni jesteśmy do opuszczenia naszej kryjówki. Pamiętam tylko pierwszy raz. Było to ponad rok temu. Mieszkaliśmy wtedy w starym magazynie, nieużywanym już od lat. W nocy usłyszeliśmy stukanie w drzwi i od razu wiedzieliśmy, że chcą nas dopaść. Obudziłam brata, zgarnęliśmy tylko swoje rzeczy, które dla wygody zawsze leżały nierozpakowane w plecakach, i byliśmy gotowi do biegu. Resztę tej nocy spędziliśmy na trzynastym piętrze jakiegoś wieżowca. Wszystkie nasze ucieczki, które były potem, zlewają się w jedno wielkie wspomnienie, jeden wielki koszmar. 
Julian biegnie tuż za mną, słyszę jego kroki oraz urywany oddech. Od pięciu dni nocowaliśmy w hotelu, tak przynajmniej wygląda te pokoje. Spaliśmy w kuchni, tam znaleźliśmy jakieś jedzenie no i tam też znajdują się najwytrzymalsze drzwi. Po kolejnych dziesięciu minutach biegu nie miałam już sił by biec, zatrzymałam się tak gwałtownie, że mój brat wpadł na mnie i oboje upadliśmy na ziemię.
-Myślisz, że je zgubiliśmy? - spytał.
Jakby odpowiedź na jego pytanie, za rogiem pojawił się ten dźwięk. Dobrze go znamy, chowamy się przed nim od bardzo długiego czasu. 
-Za mną - powiedziałam i pociągnęłam Juliana za rękach, by pomóc mu wstać. Wpadliśmy do najbliższego pokoju, nie zdążyłam zobaczyć jego numeru, na początku była chyba trójka. Zamknęłam drzwi i razem z Julianem przesunęliśmy szafę, tak by nikt nie mógł ich otworzyć. Dopiero wtedy mieliśmy chwilę, zęby złapać oddech. Rozejrzałam się wokół: brakowało łóżka i zasłon na połowie okna. Na podłodze leżała tylko lampa i oczywiście mnóstwo kurzu. Wyjrzałam przez okno, byliśmy prawdopodobnie na drugim piętrze. Możemy wyjść przez okno.
-Co co się stało w nogę? - z rozmyślań nad planem ucieczki wyrwał mnie mój brat. Faktycznie strzelano do nas, ale w tamtym momencie prawdopodobnie byłam pod wpływem adrenaliny i nawet nie poczułam skaleczenia. Teraz jednak, gdy o tym myślałam, poczułam bolesne szczypanie w lewej łydce z tyłu. 
-To nic wielkiego, przeżyję - odpowiedziałam, jednocześnie wyjmując nóż i ucinając kawałek zasłony. Materiał zawiązałam na ranie, by zatamować krwawienie. Kula tylko mnie drasnęła, ale widocznie trafiła na jakieś ważne naczynia krwionośne. 
-Chyba możemy chwilę odpocząć i coś zjeść. Potem ruszamy dalej. - Mój brat nie czekał jednak na pozwolenie. Kończył swoją część jedzenia i wyciągał butelkę wody z plecaka. Jego brązowe włosy były dłuższe niż zwykle i poplątane. Twarz miał w kurzu, widać były że od dawna nie przespał spokojnie nocy. Jego sińce pod oczami i chuda twarz sprawiały, że wyglądał jak trup. Chciałabym mu pomóc, pocieszyć go, ale jak skoro sama już dawno straciłam nadzieję na jakąkolwiek poprawę? 
-Chcesz łyka? - spytał wyciągając swoją wychudłą rękę. Wzięłam butelkę, starając się moim uśmiechem dodać mu otuchy. Julian nigdy nie narzekał. Pomimo naszej beznadziejnej sytuacji, jego niebieskie oczy zawsze były radosne. Chyba tylko jeszcze dlatego znajduję w sobie siłę, żeby uciekać, szukać nowych kryjówek, żeby walczyć. 
W pokoju hotelowym spędziliśmy jeszcze dwie godziny, przez ten czas ani razu nie usłyszeliśmy tego strasznego dźwięku. Oboje jednak wiedzieliśmy, że ten pokój nie jestem dobrym schronem. Drewniane drzwi i szafa nie powstrzymają ich przez dotarciem do nas. Zebraliśmy swoje rzeczy. Postanowiłam nie ryzykować i nie otwierać drzwi. Wyszliśmy przez okno. Poszło zadziwiająco łatwo. Najpierw zeszłam ja, potem Julian i już staliśmy na ziemi. Nie było innego wyjścia jak kierować się do miasta, tylko tam są jeszcze jakieś budynki, w których możemy się ukryć. Poza miastem są tylko otwarte przestrzenie, które są bardzo niebezpieczne. 
-Jak myślisz, ile ludzi jeszcze jest w tym mieście? Może kogoś spotkamy. - Julian jakimś sposobem zawsze szukał pozytywnego scenariusza. Ja z kolei wręcz przeciwnie. Nie mogłam jednak powiedzieć tego na głos.
-Tak, Julian, może kogoś spotkamy. 
-Poszukajmy może jakieś restauracji, schowamy się w kuchni. I mam nadzieję, ze znajdziemy tam coś dobrego. Gdybyś mogła wybrać jedno danie na całym świecie, co by to teraz było? Spaghetti czy pizza?- To taka nasza wersja gdy ,,Co wolisz". Zadajemy sobie pytania odnośnie wszystkiego. Polega to na tym, że mamy do wyboru dwie rzeczy i jedną musimy odrzucić. 
-Dobrze wiesz, że uwielbiam spaghetti. Twoja kolej. Lody czy ciasto czekoladowe?
-Mmm, lody - powiedział Julian.
-Lody? Ostatnim razem mówiłeś, ze mógłbyś jeść ciasto czekoladowe do końca życia.
-No tak, ale od dzisiejszego biegania zrobiło mi się gorąco i mam ochotę na lody. - Z jego twarzy można było wyczytać, że zrobiłby wszystko byleby zamienić nasze żarcie z puszek na cokolwiek innego.
W pewnej chwili usłyszałam to. Ten dźwięk. Jakby charczenie psa połączone ze zgrzytem maszyny. Choć słyszałam to już z milion razem, za każdym razem po moim ciele przechodzi chłodny dreszcz. Zerknęłam na Juliana, był gotowy do biegu, czekał tylko aż wskażę kierunek. 
-Do budynku na lewo - szepnęłam i już pędziliśmy w tamą stronę. Idealnie przed nami były jaszcze wraki dwóch samochodów, które musieliśmy minąć. Julian biegł przede mną, ja kilka kroków za nim. Nagle między nami, pojawił się ten sam dźwięk tylko dużo głośniejszy. Oboje się zatrzymaliśmy. Julian był już po drugiej stronie wraków tak, że nie widziałam go całego. Ziemia zaczęła pękać
-Biegnij do budynku! Biegnij!- krzyczałam. Na początku Julian był w szoku, odwrócił się i chciał biec, Jednak przed nim znajdowało się pęknięcie i mnóstwo małych otworów. Julian chciał zawrócić, widziałam teraz dokładnie jego twarz, tak młodą i choć dzieliły nas tylko trzy lata różnicy, ja czułam się dużo starsza, musiałam być odpowiedzialna za nas dwoje. W wielkich oczach malowało się przerażenie i jakby rezygnacja. Metr od jego stóp pojawił się kolejny okrągły otwór i natychmiastowo wyskoczył z niego robot i poszybował w stronę głowy Juliana. Uderzył w wewnętrzny kącik prawego oka tak mocno, że Julian na chwilę stracił równowagę i zachwiał się. Robot był wielkości piłeczki do tenisa. Julian krzyczał, nie wiem czy bardziej z przerażenia czy z bólu. Ja stałam jak wryta, czułam łzy na swoich policzkach, wiedziałam że straciłam najbliższą mi osobę. Robot zaczął znikać w przestrzeni obok oka mojego brata. W końcu nie było go widać. Zakładam, że był już w trakcie podłączania się do mózgu swojej zdobyczy. Zawsze głęboko niebieskie oczy Juliana zaczęły robić się szare, bruzdy na jakiego czole wygładziły się. Julian wyglądał jak cień dawnego siebie, teraz był już tylko skorupą sterowaną przez robota. 
Nie miałam czasu na dłuższe oglądanie swojej porażki jako starszej siostry. Odwróciłam się i zaczęłam biec. Pod stopami widziałam mnóstwo dziur gotowych na wyjście robotów. Usłyszałam krzyk. To Julian krzyczał. Natychmiastowo się zatrzymałam, miałam złudną nadzieję, że mojemu bratu jakoś udało się uciec. Odwróciłam się twarzą w stronę, z której dochodził krzyk. To był błąd. Ostatnie co zobaczyłam to twarz mojego brata, nie pokazywała żadnych emocji. W ręku trzymał jednego z nich. Szybkim ruchem wepchnął mi go do oka. Nie potrafiłam odpowiedzieć sobie czy bardziej boli mnie proces przejmowania mojego ciała przez urządzenie czy widok mojego brata w stanie gorszym od śmierci. 

niedziela, 20 listopada 2016

Wisielce

Wszyscy myślą, że ta historia jest o nich, że to ich sen. I wszyscy się mylą.
Zaczyna się ona od  prostej czynności, jaką jest sen. Ja też tak zrobiłem, położyłem się do łóżka jak co wieczór. Przyśniło mi się straszne miejsce. Najpierw otaczała mnie ciemność. Nic mi nie pomógł fakt, że zaczęło się rozjaśniać. Wydawało mi się, że jestem w nicości. Pode mną znajdował się jakiś duży ciemny kształt, jakby urwisko Chciałem rozejrzeć czy nade mną coś jest, niestety nie mogłem poruszyć głową. Sięgnąłem rękoma do szyi i wtedy to poczułem. Wisiałem. Wisiałem na linie jak wisielec. Jak mogłem tego nie poczuć?! Dlaczego nic nie czuję? W panice machałem rękami, rzucałem całym ciałem ale to nic nie dało. Wokół mnie nie było niczego, co mogłoby pomóc mi się uwolnić. Musiałem się uspokoić. Wdech, wydech. Rozejrzałem się jeszcze raz, ale nic się nie zmieniło. Wisiałem zawieszony Bóg wie jak, w swego rodzaju odrętwieniu. Czułem moje ciało, ale nie czułem bólu jaki powinien mi sprawiać sznur zaciśnięty wokół mojej szyi. Przez moją głowę przepływało mnóstwo myśli, uczepiłem się tej najrozsądniejszej. Ja po prostu śnię. Skoro zdałem już sobie z tego sprawę, mogę się obudzić. Zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie jak leżę w swoim wygodnym łóżku, obok stoi szafka nocna a na niej książka i telefon. Telefon! Rano muszę wstać do szkoły, budzik ustawiony w telefonie mnie obudzi. Ale czy to oznacza, że będę tak wisiał do rana? Jak daleko jest rano? Skoro w moim śnie jest jeszcze dość ciemno, to czy naprawdę jest ciemno?
I nagle coś poczułem, nie byłem już w tej pustce sam. Ktoś tam był. Jednak to nie poprawiło mojego samopoczucia. Wbrew przeciwnie, w środku czułem ogromny niepokój. 
-Aghgh!! 
Co to było? Otworzyłem szybko oczy i ujrzałem najgorszą możliwą rzecz na świecie. Cholera, to nie rzecz, to człowiek! Obok mnie znikąd nagle pojawił się ktoś, kto tak jak jak wisiał zawieszony w próżni. Tyle tylko, że tamten nie wyglądał...żywo? Jego ciało wisiało nie dalej niż dwa metry ode mnie, bezwładnie lekko się poruszając. To co mnie naprawdę przeraziło to jego twarz, a może raczej jej brak. Wyglądało tak jakby ktoś usunął mu twarz, dosłownie, zdjął całą skórę tak, że pozostał tylko krwawy jej zarys. Zatem oczy nie były zasłonięte powiekami i czułem jakby ten ktoś cały czas na mnie patrzył. Byłem więcej niż przestraszony. Nie rozumiem skąd taki sen. Po chwili po usłyszałem a może raczej wyczułem jakiś ruch. Bałem się odwrócić tam twarz, ale nie wiedziałem co innego mógłby zrobić. Sytuacja i tak już była beznadziejna. Powoli poruszyłem głową w drugą stronę i chyba krzyknąłem. Tuż przy mojej twarzy zobaczyłem twarz tamtego wisielca, a może kogoś innego też bez skóry na twarzy. Nie wisiał jednak tak jak ja i ten drugi. Stał sobie na urwisku, którego wcześniej nie mogłam zidentyfikować. Poruszył się. Na zgiętych kolanach odszedł ode mnie dwa kroki i nagle zamarł. W przykucniętej pozycji wpatrywał się we we mnie jakby mnie oceniał. Ze strachu nie mogłem nawet się poruszyć, więc przez dłuższą chwilę patrzyliśmy na siebie. On z niezwykle wytrzeszczonymi oczami, ja pewnie jakbym miał się rozpłakać. 
-Jesteś tu. - przemówił stwór. Jego głos brzmiał o dziwo czysto ale też bardzo mrocznie, jakby był zadowolony, że mnie widzi.
Obawiałem się, że nie dam rady nic powiedzieć przez sznur, ale musiałem spróbować.
-To sen. Ja śnię. - Mój kompan roześmiał się tylko pokazując białe zęby, które wraz z jego krwawą twarzą dawały naprawdę upiorny efekt. Skuliłem się, czułem się bezbronny. Co jeśli to coś mi też zedrze skórę z twarzy.
-Jesteś gotowy? - spytał. Nie rozumiałem pytania, nie mogłem też zmusić się żeby zapytać na co mam być gotowy. Może byt bardzo obawiałem się odpowiedzi. 
Poczułem, że zaczynam się machać, jak wahadło w zegarze. Poruszałem się to w stronę człowieka (a może to już nie człowiek) na klifie, to w stronę drugiego na sznurze. Strach mnie sparaliżował. Nie mogłem nad tym zapanować, dlatego to było takie okropne. To coś na urwisku zaczęło się śmiać i wyciągać do mnie swoje łapy, tak by mnie złapać gdy akurat jestem wychylony w jego kierunku. Był tak blisko, że gdyby przysunął się o centymetr, złapałby mnie. Coś dotknęło mnie z tyłu. Wiedziałem, że to ten drugi ale i tak odchyliłem głowę. Wisielec też wyciągał do mnie łapy, by mnie złapać. Nie śmiał się w głos, po prostu odsłaniał lekko zęby i patrzył na mnie z błaganiem w oczach. On też się bał. Wisiałem jak pomiędzy Scyllą i Charybdą, otoczony przez dwa potwory, które chcą mnie dopaść.Krzyczałem, płakałem i wyrywałem się. Nie byłem już taki pewien czy to sen, moje serce waliło tak mocno jakby zaraz miało wyskoczyć z mojej piersi i spaść na dno, o ile to miejsce ma jakieś dno.
Trwało to milion nieskończoności. Myślałem, że to się nigdy nie skończy, byłem w błędzie. Już nie wiszę pomiędzy dwoma ludźmi bez twarzy. Teraz jestem jednym z nich, zastąpiłem tego, który stał na urwisku. Śmieję się tak jak on, bo nie jestem już śmiertelnie przerażonym człowiekiem, który wisi i boi się, że zaraz zostanie złapany. Śmieję się, bo właśnie pojawił się ktoś nowy, kto będzie mógł zająć moje miejsce. Jak tylko go złapię, zedrę mu skórę z twarzy, by wiedział, że nie jest już człowiekiem. Potem on sam nauczy się to robić i będzie to robił każdego dnia, bo skóra odrasta. Czas zacząć nową historię, nowy sen.

Czekam

Sama w duszy
bryły
zamknąć
Schować jedno
dla nich nie
mogę otworzyć
Zapuszczam nici
istnieć może tylko
całość
Gdy środek
złamany musi
być
Szept cichy nie
wie o tym
Czekam...

sobota, 13 sierpnia 2016

Biblioteka

Bardzo żałuję mojej ostatniej decyzji. Nie byłam tego świadoma, ale popełniłam wtedy najgorszy błąd w swoim życiu.
Wszystko zaczęło się we wtorek, gdy nasza polonistka postanowiła zadać nam pracę domową. Mieliśmy wybrać 2 artykuły lub opowiadania o dowolnej tematyce, streścić je i ocenić. Od razu po zajęciach wszyscy poszliśmy do biblioteki, by znaleźć coś ciekawego, co nada się do pracy domowej. Przeszukałam każdą półkę i nie znalazłam nic dla siebie. Postanowiłam zapytać czy gdzieś w bibliotece są schowane książki, które mogłabym wykorzystać.
-Tak, mamy dość dużo książek na zapleczu. Są one jednak bardzo stare i zakurzone, niektóre ciężko odczytać - odpowiedziała bibliotekarka. - Oczywiście możesz je przejrzeć, jeśli bardzo chcesz.
Rzeczywiście gdy tylko otworzyłam drzwi, ujrzałam całą stertę zakurzonych książek oraz swobodnie walających się kartek. Poczułam, że gdzieś tam chowają się moje materiały do streszczenia. Wzięłam się do pracy. Zajęło mi to prawie półtorej godziny, ale wyszłam z trzema tak starymi książkami, że rozpadały się w rękach. Nie przeczytałam ich. Wybrałam je na podstawie przeczucia. Wiedziałam jednak, ze to jest strzał w dziesiątkę. Wzięłam się doczytania. Musiałam w końcu jedną odrzucić.
Pierwsza książka wyglądała jak czyjś pamiętnik. Kiedyś miała ciemną okładkę, która teraz już wypłowiała. Na środku pierwszej strony widniał napis ,,Dzieje pewnego wyjątku". Po przeczytaniu wiedziałam, że to jest to czego szukałam. Książka opowiadała o człowieku, który bardzo dziwnie wyglądał i przez to nie był akceptowany. Odkrył jednak, że nie potrzebuje akceptacji innych, skoro on sam siebie lubi,  Odłożyłam ten egzemplarz, a do ręki wzięłam kolejną pozycję. Nie nazwałabym tego książką, a raczej książeczką dla dzieci. Nie była ona oprawiona, nie miała strony tytułowej ani autora. Wyglądało to trochę tak, jakby ktoś złapał kilka środkowych stron i po prostu je wyrwał. Z wielką ciekawością zabrałam się do czytania. Gdy skończyłam było już późno. Spojrzałam na zegarek i choć książeczka nie liczyła więcej niż 10 stron, czytałam ją 4 godziny! Nie mam pojęcia jak to się stało. Teraz musiałam jeszcze zdecydować czy chcę opracowywać właśnie tę książeczkę. Ja..nie wiem... Nie pamiętam o czym przed chwilą czytałam. Co ja robiłam przez tyle czasu, skoro nic nie pamiętam? Może zasnęłam a książeczka nie jest warta mojej uwagi. Odrzuciłam to na sąsiedni stolik. Przetarłam oczy i sięgnęłam po ostatnią książkę, którą wybrałam. Bez oglądania, otworzyłam ją na pierwszej  stronie, nachyliłam się i zaczęłam czytać.
Nie zdążyłam nawet skończyć pierwszego zdania, gdy na stoliku przede mną kapnęła kropla czerwonej farby. Za chwilę następna i następna, aż powstała mała kałuża. Powoli podniosłam wzrok w górę. Zobaczyłam włosy, ktoś się nade mną nachylał.Odchyliłam głowę i zobaczyłam go. Wydawało mi się, jakby nagle wszystkie wspomnienia zalały mi głowę. Już wiem co czytałam przez ostatnie 4 godziny. Znam całą historię. I co najgorsze, rozpoznałam kto nade mną stoi i dlaczego z jego włosów kapie krew,
Tak oto poznałam słynnego mordercę.
-Przeczytałaś mnie - powiedział mężczyzna, a z jego ust popłynęła strużka krwi. Uśmiechnął się też do mnie, pokazując czarne ale ostre zęby. Na ten widok zrobiło mi się niedobrze.
Byłam w tak wielkim szoku, że nie mogłam wydusić z siebie ani słowa. Tkwiliśmy tak więc ja siedząc z otwartą buzią i przerażeniem wypisanym na twarzy, on stojąc obok i patrząc na mnie z uśmiechem jak na wybawicielkę. W końcu mężczyzna usiadł na przeciw mnie, sięgnął po swoją biografię i położył między nami.
-Coś ci powiem - zaczął - to, co właśnie przeczytałaś to nie jest cała prawda. Po tym jak obdarto mnie ze skóry, ja nadal żyłem, wiesz?  - Nie wiem czy on oczekiwał mojego współczucia, Jeśli tak, to go nie dostanie. Wiem doskonale, że zasłużył na swój los. - Podeszła do mnie jakaś baba, potem się okazało czarownica, ale skąd mogłem wiedzieć. Zabrała moją duszę i włożyła włożyła do tej książki - mówiąc to zerknął na to, co wcześniej położył między nami. Ale to nie jest zwykła książka. Jest zrobiona z mojej skóry.
Cudem powstrzymałam wymioty. Trzymałam tę książkę w rękach. Tarłam teraz nimi o spodnie, ale wiedziałam, że takiego brudu nijak się nie pozbędę. Rozejrzałam się po czytelni. Ludzie siedzieli przy stolikach zaczytani lub szepczący między sobą. Nikt nawet nie zauważył, że przede mną siedzi morderca obdarty żywcem ze skóry kilka wieków wstecz,
-Oni mnie nie widzą. Tylko ty. Ty mnie przeczytałaś.
Kto by pomyślał, że sięgnięcie po niewłaściwą książkę może zaważyć na całym życiu. Teraz, po prawie 20 latach, zastanawiam się jak wyglądałoby moje życie, gdybym tamtego dnia podjęła inną decyzję. Wiem też, że nic nie mogę zmienić. Siedzę sobie więc w szpitalu a Skóra, bo tak go zaczęłam nazywać, szepcze mi do ucha, żebym pokazała go innym, żeby inni też go przeczytali. Przecież im więcej nas będzie, tym szybciej oczyścimy świat.

Kiedyś oddam go komuś, ale narazie sama mogę wykonywać jego rozkazy.

piątek, 3 czerwca 2016

Cmentarz

W tym roku na wakacje wybieramy się w jakieś gorące klimaty. Nigdy nie lubiłam tych rodzinnych wypadów i nie sądzę, by miało się to kiedykolwiek zmienić.
-Gdzie Kasian? - spytał tata.
-A co ja jestem jego opiekunką? - Kasian to mój starszy brat. Często gdzieś znika, ale zawsze pojawia się wtedy, gdy jest potrzebny. Dlatego wszyscy go tak bardzo lubią.
-Mogłabyś czasem być milsza. To nie boli, wiesz? - Próbował mi dogryźć tata. 
-Mogłabym, ale nie chcę. Co roku ciągniecie nas na wakacje. Tylko, ze ja wcale nie mam na nie ochoty. - Rodzice starają się każdą przerwę szkolną zorganizować inaczej: a to jedziemy w góry lub nad morze, zwiedzamy azjatyckie kraje albo chodzimy po dżungli. Dla niektórych może to być ciekawe. Ja natomiast najchętniej cały czas leżałabym w swoim łóżku przed telewizorem, skąd nie musiałbym mieć do czynienia ze światem. Ludzie są głupi i ja nie widzę w sensu rozmawiania z kimkolwiek.
-Spędzanie czasu w rodzinnym gronie jest bardzo ważne. Dbamy, żebyś ty i twój brat mieli wszystko, czego potrzebujecie, A wsparcie rodziców do tego należy, prawda kochanie? 
Nie mam ochoty dłużej rozmawiać z rodzicami, skoro oni mnie nie rozumieją. Życie to iluzja. Nic nie jest nam potrzebne, na końcu i tak zostajemy z niczym. Nawet ludzie, którzy otaczali nas całe życie znikają, więc czy kiedykolwiek ich potrzebowaliśmy? 
Rzuciłam plecak do łodzi i poszłam schować się gdzieś daleko. Niedługo wszystko czworo zostaniemy zmuszeni przebywać na małym terenie, gdzie nie ma jak uciec. 
Po raz ostatni przeszłam się po molo. W sumie o niczym nie rozmyślałam. Wszystko rozumiem. W drodze powrotnej spotkałam brata:
-Już? - spytałam.
-Tak, za chwilę wypływamy. Właśnie po ciebie szedłem. Myślałem już, że uciekłaś. - Kasian uśmiechnął się do mnie i puścił oko. 
-Nawet mi to do głowy nie przyszło.
-To dobrze. Co ja bym zrobił bez mojej mały siostrzyczki? - Brata zgarnął mnie pod pachę i potargał włosy. On dobrze wie, że tego nie lubię, ale też nie protestuję. 
Poszliśmy razem do rodziców. Spakowali już wszystkie rzeczy i byli gotowi do drogi. Widocznie czekali tylko na mnie.
-Wsiadajcie. - powiedział tata. Mój brat szybko wskoczył do nich i wszyscy troje patrzyli na mnie wyczekująco.
-Ja nie płynę. - oznajmiłam.
-Jak to nie płyniesz? Planowaliśmy to od dawna, a ty dopiero w ostatniej chwili mówisz nie.
-Mówiłam wam to od zawsze, ale wy mnie nigdy nie słuchacie - podniosłam głos tak, że praktycznie krzyczałam. - Nigdy nie chciałam wyjeżdżać z wami na te głupie wakacje. Nie potrzebuję nikogo! Chcę być sama. I teraz wracam do domu, a wy zostawcie mnie w spokoju i płyńcie jak najdalej ode mnie! 
Rzuciłam na ziemię swoją kurtkę, odwróciłam się i odeszłam zostawiając najdroższe mi osoby za plecami.Szłam po drewnianym po moście, 
gdy nagle poczułam pod stopami żwir. Jak jak się tu znalazłam? Podniosłam głowę i rozejrzałam się wokół. Stałam u wejścia na cmentarz. Był stary i sprawiał wrażenie opuszczonego. Wydawało mi się, że już tu kiedyś byłam. Moje wspomnienia zaczęły się mieszkać, zmieniać, odsłaniać. Bolała mnie od tego głowa. Próbowałam to powstrzymać, ale nie mogłam. W mojej głowie cały czas się coś działo. Ból rozszedł się po całym ciele. Nie wiem co się dzieje. Upadłam na kolana i złapałam głowę rękoma. Przed oczami migało mi mnóstwo obrazów, nie były jednak normalne. Ludzie byli powykręcani, a niebo straciło swój kolor. I nagle, jakby w jednej sekundzie, wszystko ucichło. Ból fizyczny ustał. Pamiętam wszystko.
Muszę iść na cmentarz! Tam jest moja rodzina! Szybko wstałam i zaczęłam biec w kierunku bramy, kiedy poczułam, że ktoś ciągnie mnie do tyłu. Zaczęłam się wyrywać, krzyczeć i prosić jednocześnie, żeby ten ktoś mnie puścił. 
-Muszę iść do mojej rodziny. Oni tam są! 
-Nie. Uspokój się! Ich już nie ma. - Ledwo co tajemnicza osoba skończyła zdanie, usłyszałam jakby miliony głosów pomieszanych z dziwnym charkotem. Człowiek, który nadal mnie trzymał pociągnął mnie w stronę krzaków, które znajdowały się po przeciwnej stronie drogi. Dobrze widzieliśmy bramę i mury cmentarza, jednak my byliśmy niewidoczni.
-Patrz. - powiedział nieznajomy. Teraz widzę, że to mężczyzna około 35- letni.
Z cmentarza zaczęli wychodzi ludzie, choć nie wyglądali normalnie. Byli zniekształceni zupełnie jak w moich dziwnych wspomnieniach. Wdrapywali się po murach, przechodzili nad bramą, wyglądali jak robaki, których celem jest rozejście się po świecie. Ich ciała były zniszczone, poobijane, krwawiące. Na twarzach nie było jednak dzikości jakiej można by było się spodziewać. Były spokojnie i w pewien sposób malowała się na nich  determinacja pomieszana z prośbą.
-Kim oni są? - spytałam mężczyznę.
-Nie wiemy do końca. Ustaliliśmy jedynie, że nie pochodzą z Ziemii. Jakimś cudem znaleźli się tu, szukają martwych ciał, kopiują ich wygląd zewnętrzny, a nawet cechy charakteru i wspomnienia. Potem odszukują ich rodziny i zmieniają im wspomnienia. Prowadzą za nich całkowicie normalne życie. To wszystko co wiemy, nie odkryliśmy jednak ich celu, Nie było ani jednego przypadku, żeby te stwory kogoś skrzywdziły. 
-Więc one żyją z ludźmi tak ... po prostu?! Nic im nie robią? Tylko udają kogoś kim nie są.
Moja rodzina.
Byłam taka głupia.

wtorek, 2 lutego 2016

Macki

Siedziałam w ,,pokoju bez klamek". Tak naprawdę była tam klamka, tak się tylko potocznie mówi na pomieszczenie w psychiatryku. Do pokoju weszła nieśmiało młoda kobieta z blond włosami zebranymi w niechlujnego kucyka. W rękach trzymała teczkę. Tuż za nią szedł mężczyzna w stroju ochroniarza, miał przy sobie pałkę i chyba krótkofalówkę u pasa. Gdy tylko wszedł, zamknął drzwi i stał przy nich. Kobieta natomiast zwróciła się do mnie.
-Gaja, dostałaś środki, które mają na celu cię uspokoić. Chcę z tobą tylko porozmawiać. Czy rozumiesz co mówię? - Kiwnęłam nieznacznie głową, wtedy kobieta podeszła i usiadła na krześle ustawionym naprzeciw mojego. -Nazywam się Jolanta. Jestem psychiatrą w tej klinice. Przysłano mnie, żeby potwierdziła twoje zeznania. Nie masz nic przeciwko?
-Przecież już wszystko powiedziałam policji.
-Tak, wiem. Mam to spisane tutaj - uniosła do góry teczkę. -Musisz mi jednak opowiedzieć wszystko jeszcze raz. ponieważ twoja historia ma kilka luk, które chciałabym uzupełnić. - Milczałam. -Dobrze, w taki razie zacznijmy. Zechciałabyś mi opisać co dokładnie zdarzyło się tamtej nocy?
Nie. Nie miałam najmniejszej ochoty wracać myślami do tamtej chwili. To jakiś koszmar. To nie mogło się zdarzyć naprawdę. Muszę śnić. Tak, to na pewno sen i za chwilę obudzę się w swoim pokoju i ...
-Gaja. Dobrze się czujesz? Rozumiem, że to dla ciebie trudne, ale wcześniej czy później będziesz musiała to zrobić.
-Tak, wiem.
-Kontynuujmy zatem. Opowiedz mi cały dzień aż do momentu przyjazdu policji.
Lekko się ociągałam, zebrałam się jednak w końcu i zaczęłam:
-Dzień zaczął się normalnie: wstałam i zeszłam na śniadanie. Rodzice byli już w pracy, moja siostra prawdopodobnie też. Ja zostałam w domu tylko z braćmi: jednym starszym a drugim młodszym. Cały dzień obijaliśmy się, graliśmy w gry i oglądaliśmy bajki. Po południu wrócili rodzice, zjedliśmy obiad, chwilę porozmawialiśmy i rozeszliśmy się do swoich pokoi. - Kobieta cały czas na mnie patrzyła i jakby porównywała w głowie to co jej przed chwilą powiedziałam z tym co miała zapisane w teczce. Po dłuższej chwili chyba wyciągnęła wnioski, bo odchyliła się na chwilę na krześle, włożyła pasmo włosów za ucho i położyła teczkę na podłodze obok swojego krzesła.
-Rozumiem. Czy to wszystko? Tylko tyle pamiętasz? - spytała.
-Nie. - Odczekałam chwilę, odetchnęłam i ponownie zaczęłam opowiadać. - Gdy było już bardzo późno, położyłam się do łóżka. Wszyscy już spali. Ja zawsze się ociągam i kładę spać ostatnia.
-Dlaczego? Masz problemy ze snem? - wtrąciła się psychiatra. Jednocześnie sięgnęła po teczkę, wyjęła z niej jakieś karki i długopis, i była już gotowa do notowania moich odpowiedzi.
-Nie. To znaczy tak.
-Dobrze, powiedz mi kiedy ostatnio przespałaś całą noc? - spytała pani Jolanta.
Po krótkim namyśle powiedziałam niepewnie:
-Nie pamiętam. - Moja odpowiedź oczywiście szybko została zapisana na kartce.
-Co może być przyczyną?
-To przychodzi co noc. Od zawsze. Każdej nocy. Odkąd pamiętam co noc do mnie przychodzi. - Szybko z siebie wyrzuciłam.
-Co takiego, Gaja? Co do ciebie przychodzi?
-Macki. On przychodzi i wysuwa swoje macki. A one oplatają mnie, wpełzają do uszu i mówią mi różne rzeczy. Wiem jak to brzmi, ale musi mi pani uwierzyć. To prawda! - Ostatnie zdanie nieomal wykrzyknęłam. Psychiatra mimowolnie odchyliła się na krześle a strażnik już ruszył w moją stronę.
-W porządku. - powiedziała doktor. - W porządku. Nic się nie stało. Strażnik jeszcze przez chwilę stał bez ruchu jednak po wymienieniu spojrzenia z kobietą wrócił na swoje miejsce. Bez zbędnego tracenia czasu przeszłyśmy dalej.
-Co on ci mówi?
-To boli. Wie pani, to jakby ktoś chciał cię rozedrzeć na małe kawałeczki a potem cię poskładać tylko po to, by następnej nocy zrobić dokładnie to samo. Oplata całe ciało tak, ze nie możemy się ruszyć  a potem wdziera się do mózgu i namawia. I grozi. I szantażuje. Ale to wszystko kłamstwa. I krzyczy. Ściska. I to tak boli. - Przerwałam na chwilę. Jednak za nim kobieta naprzeciw mnie zdążyła się odezwać, ja podjęłam opowieść. - On mieszka w szafie. No, w szafie. Serio. Każdej nocy otwiera powoli drzwi. Najpierw wypuszcza swoje długie macki, bada teren. Dopiero potem powoli wypełza przez małą szczelinę między drzwiami. Pełznie po cichu do łóżka, wsuwa macki pod kołdrę i już wtedy można wyczuć ich oślizgły dotyk. I oplata, ściska, wpycha się do uchu i miesza nam w głowie. Naprawdę tak jest. Nie kłamię. A potem już robisz co on ci każe, bo obiecuje, że to ostatnie spotkanie. A kolejnej nocy jest tak samo. On jest wszędzie. Musimy uważać. Ale i tak nie ma ucieczki. - Wyrzucałam z siebie zdania jak karabin pociski, wiec gdy już skończyłam ledwo łapałam oddech. Nikt się nie odzywał dłuższą chwilę. Na twarzach obojga malował się niemały szok po tym co właśnie usłyszeli. W końcu jednak psychiatra zapytała:
-Gaja, więc to ona kazał ci to zrobić?
-Tak! - Nareszcie ktoś mnie rozumiał. - On działa podstępnie. Wszystko pamiętam, ale nie mogłam nic zrobić. On mnie kontrolował cały ten czas. Opuścił mnie dopiero po... I stałam na ciałami swoich rodziców, dwóch braci i siostry. Cała była we krwi, a ręku trzymałam nóż. W oddali słyszałam już syreny policyjne. Nie uciekałam. Pomyślałam, że jak im wszystko wyjaśnię to oni zrozumieją. Pani rozumie, prawda? - Nie czekając nawet na odpowiedź, mówiłam dalej. - Bo to nie byłam ja. Ktoś inny mną sterował. Ja odzyskałam kontrolę dopiero po fakcie. Ale pamiętam. Pamiętam wszystko.
DIAGNOZA: Jako adoptowane dziecko nie potrafiłam się zaaklimatyzować, czułam się odrzucona co odbiło się na mojej psychice. Odrzucenie przeobraziłam w potwora z szafy i na niego zrzuciłam winę za zemstę, która była kierowana bólem i obwinianiem o niego rodziny zastępczej.
----------------------------------------------------------------------------------
Odkąd trafiłam do szpitala (nikt tu nie mówi psychiatryk), potwór już się nie pojawił. Spędziłam pół roku w spokoju, rozmawiając z innymi pacjentami, chodząc na terapie i nareszcie się wysypiając. Jak każdego wieczora, gdy leżeliśmy już w łóżkach, był obchód. Potem mogliśmy jeszcze chwilę porozmawiać i następowała cisza nocna. Zadowolona otuliłam się kołdrą powiedziałam dobranoc moim dwóm współlokatorkom, gdy nagle poczułam znajomy chłód sięgający mojego łóżka. Otworzyłam oczy, choć doskonale wiedziałam co nadchodzi. Macki znowu mnie oplotły i szybko wpełzły do uszu. Ból mnie obezwładnił, nie mogłam się poruszyć a nawet krzyczeć. W głowie pojawiła się krótka komenda i cały czas dzwoniła mi w uszach: Zabij ich. Zabij ich wszystkich!

czwartek, 21 stycznia 2016

,,Organ"

Kiedyś posiadałam serce.
Przecież nie zawsze taka byłam.
------------------------------
Ona stale była blisko.
Widziała to
lecz w końcu zauważyła mnie.
Naga.
Okazało się,
że serce nie jest dobrym wynalazkiem.
Więc je zgubiłam -
to było łatwe.
Stałam się skorupą.
Byłam pusta.
Byłam martwa.
Odnalazłam więc moje serce -
to było łatwe.
Podczas nieobecności
serce się zepsuło.
Nie słuchało mnie!
Cierpiało.
Musiałam się go pozbyć.
Wyrwałam je więc -
to było łatwe.

piątek, 15 stycznia 2016

,,Koszmary"

-Jak było? - usłyszałam, gdy tylko weszłam do domu.
-Dobrze, tato.
-Co dziś robiłyście? - pytał dalej.
-Rozmawiałyśmy, jak zawsze. Dodatkowo dostałam nowe tabletki. To jakieś nowy wynalazek, który rzekomo pomaga w 98% przypadkach.
-To chyba dobrze. Będziesz coś jadła?
-Nie, dziękuję. Pójdę do siebie. - Wyjęłam z torby pudełko i wysypałam na dłoń jedną tabletkę. Nie różniła się niczym od poprzednich: mała, biała, okrągła. Straciłam wiarę, że taka mała rzecz może mi pomóc, ale połknęłam ją. Gdy tylko się położyłam, zakręciło mi się w głowie. Nie zdziwiłam się, przeżywałam to codziennie nawet kilka razy. Wiedziałam jednak co nastąpi za chwilę, dlatego szybko wstałam i poszłam umyć twarz, żeby trochę się rozbudzić.
Zeszłam na kolację z rodzicami. Co prawda, wcale ich nie jem, ale każdego wieczora siadam przy stole i robię moją najlepszą ,,wszystko jest w porządku" minę. Nagle zobaczyłam kątem oka jakiś ruch. Zmusiłam się, by tam nie patrzeć, bo po pierwsze: wiedziałam mniej więcej co tam jest, po drugie: naprzeciw mnie siedzieli zmartwieni rodzice. 
Kolacja się skończyła i rozeszliśmy się do swoich sypialni. Boję się choćby położyć, bo cień z jadalni za mną podążał. Wzięłam jeszcze jedną tabletkę, chodziłam po pokoju tak długo aż rozbolałby mnie stopy. Starałam się zająć swoje myśli czymkolwiek byleby tylko nie patrzeć na cień, który cały czas czułam. W końcu jednak zmęczenie wzięło górę i postanowiłam, ze tej nocy prześpię chociaż dwie godziny. Było ciepło i przytulnie, i już prawie zasnęłam (dzięki tabletkom?), kiedy nagle poczułam coś zimnego i mokrego owijającego się wokół mojej prawej stopy. Szybko wyskoczyłam spod kołdry, ale moje nogi nie dotknęły podłogi, lecz błota. Zaczęłam się zapadać. Chyba moja mama usłyszała hałas i przybiegła, bo nagle w ciemności zobaczyłam rękę, która chciała mi pomóc. Oczywiście ja złapałam i byłam wolna, brudna praktycznie od pasa w dół, ale wolna. Odwróciłam się do mamy, ale jej już tam nie było. Byłam sama w pokoju, na podłodze nie było żadnego błota, nie byłam nawet brudna. Bałam się wrócić do łóżka, ale byłam naprawdę zmęczona wszystkimi nieprzespanymi nocami, każdą halucynacją. Zasnęłam, ale miałam koszmary o pazurach, które mnie drapią coraz głębiej i głębiej, aż przebijają się na wylot i ja umieram.
Obudziłam się koło trzeciej nad ranem. Gdy spojrzałam na nadgarstki, brzuch i nogi rany ciągle tam były, podłużne dziury, z których lała się krew. Całe łóżko było we krwi, krew spływała na podłogę i jej poziom stale się podnosił. 
-To nie jest prawda, to nie jest prawda - mówiłam do siebie. Zamknęłam oczy i starałam się wyrównać oddech. Czułam się raczej dobrze, więc otworzyłam oczy, ale krew wcale nie zniknęła. Zrobiła się czarna prawie jak smoła. W niektórych miejscach wystawały z niej ludzkie szczątki, widziałam dłonie gotowe złapać cię w swój żelazny uścisk, tylko po to, by wciągnąć cię do siebie. Krew była już na wysokości łóżka, nie miałam jak uciec. Postanowiłam przejść po szafkach aż do drzwi. Stałam już na biurku, kiedy ktoś złapał mnie za kostki i mocno pociągnął. Nie zdążyłam nawet krzyknąć, kiedy moja głowa znalazła się pod powierzchnią. Zaskakująco krew była bardzo przejrzysta gdy patrzyłam naokoło siebie, jednak kiedy spojrzałam w górę, widziałam tylko ciemną masę z wystającymi kończynami. Nie ucieknę, więc chyba się tu utopię. Ktoś złapał mnie za koszulkę i pociągnął do tyłu. Przewróciłam się na ziemię. Byłam wykończona walką o życie. Leżałam w jakimś lesie. Byłam mokra, ale to na pewno woda, nie krew. Za moimi plecami coś zaszeleściło. Nie odwróciłam się, bo byłam pewna, ze to ten potwór, który był przedtem ze mną w jadalni. Biegłam najszybciej jak potrafiłam. Wiedziałam jednak, że on się zbliża, nieomal czułam jego obrzydliwy oddech na karku. Nagle coś mocno uderzyło mnie w plecy tak, że runęłam na ziemię. Potwór stał nade mną. Widziałam tylko jego kontury na tle nocnego nieba, ale to wystarczyło, by określić, że nie mam szans. 
-Czego chcesz? Dlaczego mi to robisz? -krzyczałam, lecz nie dostałam odpowiedzi. Czułam się całkowicie bezsilna i zmęczona, resztką sił starałam się oddalić od mojego prześladowcy. On jednak szybko pojawił się przy mnie i zaczął dusić. Straciłam przytomność. 
Obudziłam się. Nie byłam w swoim łóżku. Ja stałam. Było ciemno, a moje oczy się jeszcze do tego nie przyzwyczaiły. Wszystko mnie bolało, ale to nie był tępy ból, jak odczuwa się po nocy pełnej przygodowych snów. Ten ból był prawdziwy. Co więcej, było mi okropnie zimno. Miałam mokre ubranie, z włosów kapała mi woda. Czułam się bardzo dziwnie i nie potrafiłam jeszcze do końca ocenić czy to aby nie jest kolejny koszmar. Nareszcie widziałam jakieś kontury. Spojrzałam na nadgarstki - było pocięte, nogi podobnie, nie musiałam sprawdzać już brzucha. Rany jeszcze trochę krwawiły, ale nie tyle ile można było się spodziewać po takich obrażeniach. Podsumowując, stałam nie wiadomo gdzie, w piżamie, mokra, wykrwawiająca się. Byłam okropnie zmęczona, upadłam. Leciałam i z każdą sekundą czułam, że sznur coraz mocniej zaciska się wokół mojej szyi. To już koniec- pomyślałam.
W ostatniej chwili, ktoś złapał mnie tak, że sznur nie zdążył zacisnąć się do końca. 

,,W próżni"

To nie jest normalne.
Świat to tylko złudzenie.
Odbicie.
Nurtujące.
Po drugiej stronie lustra
wszystko jest idealne.
Ale my jesteśmy.
Tutaj.
Gdzie anioły się wieszają.
Diabły skaczą z mostu.
Chaos pilnuje porządku.
W naszym świecie też są ludzie.
Puste
myślące
trucizny.
Składają obietnice,
które zapłoną.
Daj mi sznurek,
daj mi nóż,
daj pistolet.
Przeczytaj moje blizny.

niedziela, 29 listopada 2015

,,Nieżyjąc"

Masz ciało
Czujesz ból,
bo tak trzeba.
Ciało się starzeje, bo musi.
Wewnątrz jednak
jesteś pusty.
Brak ci duszy.
Nie myślisz,
bo to zbędne.
Istniejesz sam w sobie.
Zasady to nie zasady.
Nie musisz działać,
bo to bezskuteczne.
Zgubiłeś siebie,
bo jesteś słaby.
Nie żałuj.
Ockniesz się,
gdy będziesz umierał.
Śmierć to jedyne co poczujesz.

piątek, 27 listopada 2015

,,Ta bezsilność"

Nachodzi dzień
Ludzie  jedzą rozmawiają
ale czy wiedzą po co
Nie wszyscy
Siedzimy bez nadziei
bo nas trzyma
Nicość
Nikogo tu nie ma
Jesteśmy sami między pustką
pośród niedomówień
zatopieni w czerni
Wyrwano nam pół duszy
pół ciała
pół życia
I to nigdy nie wróci
Krzyczymy
nikt nie krzyczy
Zanurzeni
Samotni

czwartek, 13 lutego 2014

"Umrzeć, by przeżyć" cz. 2

Nie żyję.
Nie żyję.
Żyję?
Dziwne. Nie oddycham, nie mam pulsu, ale żyję.
Stałam na środku swojego pokoju.  Było ciemno. Rozejrzałam się na około. Pod drzwiami stało łóżko mojego brata, bieżnia i dwa fotele. Moje łóżko stało w samym kącie, a drzwi do łazienki były otwarte. Jednak najgorsze były zwłoki. Moje zwłoki. Były oparte bezwładnie plecami o ścianę, która była ciemnoczerwona od krwi. W mojej głowie na skroni byłą dziura. Po mojej twarzy ciekła krew, która poplamiła koszulkę na czerwono.
-Dlaczego tu jesteś? - Obróciłam się za siebie. Ujrzałam dwóch chłopaków. Spotkałam ich już wcześniej w pokoju mojego bliźniaka, Tomka.
-Może powinnam was o to spytać - odpowiedziałam na pytanie blondyna.
-On nie zabija dziewczyn - powiedział z kolei brunet. Nareszcie zrozumiałam przed kim nas ostrzegali. Niestety teraz jest już za późno. Mam nadzieję, że przynajmniej Tomek żyje.
-Jak widać od każdej reguły są wyjątki. Po co on to robi? - spytałam.
-Zabija młodych chłopców, by przejąć ich energię życiową. Robi to w tym domu, ponieważ tutaj skupia się duża ilość mocy. W ten sposób on może żyć wiecznie. - Tym razem odpowiedział mi blondyn z siniakami na szyi.
-I co potem? Zamieniacie się w duchy? Biegacie sobie po tym domu i mówicie, żeby ktoś uciekał, a sami go straszycie swoim wyglądem? - Na moje słowa obaj się zaśmiali. To chyba najżywsza reakcja do tej pory jaką u nich widziałam.
-Zabawne. Spójrz na siebie. - Odruchowo zerknęłam w stronę mojego ciała i zrozumiałam.
-Mam dziurę w głowie, prawda? - Spojrzałam w okno. Moje odbicie wyglądało jak postać z horroru. Byłam blada z podkrążonymi oczami, podobnie jak pozostałe dwa duchy. I naprawdę w mojej głowa był efekt strzału z pistoletu. Lepiej być nie mogło.
-Popatrz na mnie. Ja jestem cały we krwi. Ten facet dźgnął mnie kilka razy nożem w brzuch, gdy spałem - powiedział brunet. - Za to Julian umarł przez powieszenie. Tamten to zaaranżował. - Julian krzywo się uśmiechnął. - Ja jestem Kacper tak przy okazji.
-W porządku. Ja jestem Adrianna. Czyli co, teraz musimy iść kogoś postraszyć? - Po raz drugi w przeciągu 10 minut doprowadziłam ich obu do uśmiechu.
-Oj młoda, musisz się jeszcze sporo nauczyć - powiedział blondyn.
-Co ja widzę? Nowe mięsko. - W pokoju pojawił się nagle przystojny czarnowłosy chłopak. Jego oczy były zielone, a skóra tak samo blada jak reszty z nas. Jedyne czego brakowało to jakiś ślad po śmierci. - Co tutaj robi dziewczyna? Wiesz, że jesteś tu jedyna?
Fakt. Dopiero teraz do mnie dotarło, że ten psychol zabijał tylko chłopaków, więc wszystkie duchy są płci męskiej.
-Tak. I co w związku z tym? - spytałam zaczepnie.
-Wyglądasz tak martwo. - Nowo-przybyły nie patrzył na mnie jako ducha, tylko na moje zwłoki. - Teraz jesteś jedną z nas. - Nieoczekiwanie duch uśmiechnął się do mnie, podszedł i mnie mocno uściskał.
-Ej, ja rozumiem, że możesz czuć się samotny, ale trochę przystopuj. - Próbowałam się wyrwać z uścisku, było to jednak niemożliwe. Nieznajomy duch odsunął się ode mnie na moment, ale za chwilę znów się przysunął i przerzucił mi swoją rękę przez ramię. - Okej, i co teraz?
-Teraz? Teraz się nie liczy. Mamy przed sobą całą wieczność.
-Mogę wiedzieć ile jest was wszystkich tutaj? Znaczy..y..nas. - spytałam.
-Tego nikt nie wie. Niektóre duchy w pewnym sensie zasnęły - odpowiedział Julian.
-I co wy tutaj robicie oprócz straszenia bezbronnych dzieci?
-Już to przerabialiśmy - powiedział ze śmiechem Kacper. - Robimy to, na co mamy ochotę. I staramy się ostrzegać przyszłe ofiary tak jak twojego brata.
-Mogliście to robić subtelniej - powiedziałam u uśmiechnęłam się na myśl dwóch duchów stojących nad moim bratem. Wtedy to wydawało się inne, ale jeśli patrzeć z tej drugiej strony to nawet zabawne. - A Ty, kim jesteś? Nie widzę u ciebie śladów po morderstwie? - Zwróciłam się do duch, który stał najbliżej mnie.
-Oczywiście, nie żyję. - Chłopak odsunął się ode mnie i odwrócił plecami. Na koszulce widać było dwie grube pręgi tuż pod łopatkami. - Dostałem siekierą.
-Ten koleś ma ostro nasrane w bani. Nie pamiętam, żebyś mi się przedstawiał. - Zasugerowałam nieznajomemu.
-Imiona nie są ważne. Z czasem po prostu przestaje się ich używać. Sama się przekonasz. Chcesz wiedzieć coś jeszcze?
-Dlaczego nie macie na sobie białych prześcieradeł? - Spytałam. Teraz wszyscy troje się zaśmiali. Chyba nie robili tego od dawna. W sumie, nie dziwię się. Co można robić przez wieczność siedząc w jednym domu?
-Chodź pokażemy ci nasz świat. Musisz się jeszcze trochę nauczyć. - Powiedział bezimienny duch. Zrozumiałam, że to już czas by zostawić życie za sobą. Opuszczam ostatecznie rodziców i Tomka. W ich świecie nie ma już dla mnie miejsca. Ostatni raz spojrzałam na swoje zwłoki i ruszyłam za moimi trzema nowymi braćmi.

niedziela, 9 lutego 2014

"Umrzeć, by przeżyć" cz. 1

Nie chcę się przeprowadzać, ale niestety nie mam w tej sprawie nic do gadania.  Pakowaliśmy się już od tygodnia. Rano zapakowaliśmy do samochodu ostatnie bagaże i ruszyliśmy. Gdy dotarliśmy na miejsce było już zupełnie ciemno i  rozpadał się deszcz. Nasz nowy dom wyglądał więc rodem z horroru. Tyle tylko, że ja uwielbiam się bać.
Dom był ogromny. Za duży dla nas czworga (niedługo pięciorga), jak na mój gust.  Weszłam po schodach na górę, rozejrzałam się. Korytarz ciągnie się chyba przez cały dom, dodatkowo jest tu pełni drzwi. Skręciłam w lewo i poszłam aż do pokoju na końcu. Na środku stało jedne drewniane krzesło. Nic nadzwyczajnego. Poza tym pokój był pusty. Wróciłam na korytarz. Tym razem wybrałam ostatnie drzwi na lewo. Pokój był duży, ale przytulny. Mój brat wybrał ostatni pokój po prawej po drugiej stronie korytarza. To tylko podkreśla jakimi jesteśmy przeciwnościami, co jest w sumie dziwne, bo jesteśmy bliźniakami. Jedyne jednak co nas łączy to rodzice. To nie tak, że jesteśmy nienormalni. Po prostu ja zawsze mówię co myślę a mój brat robi co chce.
Wyjrzałam na korytarz. Po co tu tyle drzwi? Chyba nie tylko mnie to ciekawi.
-Co tu robisz? - spytał mnie Tomek.
-Od dziś mieszkam.
To chyba koniec braterskiej pogawędki.  Podobno pierwsza noc w nowym miejscu jest jest najgorsza. Mnie spało się całkiem dobrze. Zeszłam na dół koło 11:00. Większość naszych rzeczy była już rozpakowana. Dobrze, że mnie to ominęło. Cały dzień rozpakowywałam moje książki, filmy i gry komputerowe. To prawda, nie mam życia towarzyskiego.
-Ej młoda, nie widziałaś moich butów do biegania? - Nawet nie zauważyłam kiedy Tomek pojawił się w drzwiach mojego pokoju.
-Oczywiście. Ja je wzięłam. Przecież wiesz jak kocham sport. - Na szczęście mój brat jest inteligentny, więc wyczuł sarkazm.
-Pytam serio. Zginęło mi już kilka rzeczy. Jak tylko przyjechaliśmy, położyłem słuchawki na łóżku u mnie. Za chwilę patrzę, zniknęły. Ty masz wszystko?
-Tak, może ten dom nie lubi facetów.
-Dom rasista. Cudownie. - Cud, chyba znalazłam kolejną rzecz, która nas łączy. Oboje nie chcieliśmy tej przeprowadzki.
Następne dni i noce spędziłam bardzo dobrze. Wstawałam wypoczęta. Siódmego dnia po przyjeździe, zeszłam na dół. Na schodach spotkałam Tomka.
-Wow, wyglądasz gorzej niż moja kupa, a to wyczyn.
-Nie sypiam zbyt dobrze. - przyznał się Tomek.
-Mówiłam. - Może ten dom naprawdę nie lubi facetów.
Kolejna noc zapowiadała się normalnie. Jednak koło 3:00 nad  ranem obudziły mnie krzyki. Wygramoliłam się z łóżka i wyjrzałam na korytarz. Czy to możliwe, żeby siedemnastoletniego chłopaka męczyły aż takie koszmary? Mój brat krzyczał jak opętany. Musiałam iść sprawdzić co się dzieje. Podeszłam pod drzwi pokoju Tomka.
-Wynoście się stąd! Jak tu w ogóle weszliście?! - Czyżby ktoś był w domu. Nie spotkałam jeszcze takiej rzeczy której się bałam, więc otworzyłam drzwi. Tomek siedział skulony w kącie i zakrywał rękoma twarz. Nad nim stało dwóch chłopaków. Obaj wysocy, mniej więcej w tym samym wieku. Jeden z nich miał ciemne włosy do ramion, drugi natomiast był blondyn.
-Hej, wy, co tutaj robicie? - Na dźwięk mojego głosu dwaj nieznajomi obrócili się do mnie twarzami. Dopiero teraz dostrzegłam, że brunet miał całą koszulkę we krwi. Blondyn był ,,czysty", nie licząc mnóstwa siniaków na rękach i grubej sino-żółtej pręgi na szyi.
-Jutro. My tylko ostrzegamy - rzekł brunet.
-Ostrzegacie? Przed czym? - spytałam, ale odpowiedzi się nie doczekałam, bo dwaj nieznajomi dosłownie rozpłynęli się w powietrzu.
-Tomek, co się tutaj stało? - Dopiero teraz mój bliźniak podniósł głowę i wyglądał naprawdę źle. Miał podkrążone oczy od wielu nieprzespanych nocy. Wydawał się też znacznie chudszy. Włosy miał w nieładzie, a przedramiona całe podrapane. - Kto to był?
-Ja...nie wiem. Oni...przychodzą...co noc...do mnie..I mówią....żebym uciekał.
-Chodź do mnie, porozmawiamy spokojnie. - Nawet się nie zdziwiłam, gdy Tomek po prostu wstał i wyszedł czym prędzej z tego pokoju. Już u mnie zapytałam go:
-Jak oni tu przychodzą? Ty ich wpuszczasz?
-Nie widziałaś? Oni..pojawiają się znikąd, a potem znikają.
-Przecież to nie możliwe. Sugerujesz, że to duchy  albo coś takiego? - Może właśnie dlatego niczego się nie bałam, bo nie wierzyłam w żadne siły nadprzyrodzone.
-A masz lepsze wytłumaczenie? - spytał Tomek.
-Okej. Jeden z nich powiedział "Jutro. My tylko ostrzegamy." Mówili Ci na co masz uważać?
-Opowiadali mi o pewnym mężczyźnie, który zabija tutaj nastolatków, tylko chłopców. On przejmuje ich siły życiowe czy jakoś tak.
-I oni ostrzegali Cię przed nim? To niedorzeczne. Ten pajac tu nie wejdzie.
-Słuchaj, to on zbudował ten dom. Zna go lepiej niż my. Podobno są tutaj ukryte tajne przejścia.
-Aha, oczywiście, a ja jestem Jim Morrison. Chcesz, możesz dziś spać u mnie? Moje łóżko jest tak ogromne, że nawet tamci dwaj by się zmieścili. - Widząc monę brata, dodałam. - żartowałam. Przecież wiesz, ze to nie w moim stylu zapraszać chłopców od razu do łóżka. Chodź, możesz spać do okna, a ja od drzwi.
Jednak nie było tak łatwo zasnąć po tym co widzieliśmy. Tomek całą noc się wiercił i zabierał mi kołdrę, żeby się nią okręcić. Każdy trzask, każdy samochód i każdy dźwięk sprawiał, że Tomek znów szalał. Nad ranem oboje zasnęliśmy, wstaliśmy dopiero późnym popołudniem. Rodziców nie było, więc mięliśmy całkowitą swobodę działania. Postanowiliśmy, że będziemy się zastawiać drzwi mojego pokoju na każdą noc. Tomek będzie spał u mnie. Przenieśliśmy z jego pokoju fotele i  cudem przeciągnęliśmy bieżnię i łóżko. Na noc wszystko postawiliśmy pod drzwi. Z kolei moje łóżko znalazło się w kącie, a nie tak jak przedtem na środku przy ścianie. Późnym wieczorem położyliśmy się spać. Tomek nadal się bał, ale ja nie odczuwałam strachu. Zasnęliśmy.
Obudziło mnie pukanie do drzwi. Tomek też się obudził. Czyżby to znowu ci dwaj? Po kilkunastu minutach pukanie ustało, lecz w łazience rozległ się głośny huk. Mój bliźniak zadrżał.
-Tomek, ja pójdę sprawdzić do łazienki co to było, a Ty tu zostaniesz, okej? - spytałam brata. Nie odpowiedział, pokiwał jedynie głową.
Wyszłam z łóżka i wzięłam do ręki młotek, który również wcześniej przynieśliśmy. Ruszyłam do łazienki. Zajrzałam do środka, pusto. Ale lustro leżało w kawałkach częściowo na podłodze i umywalce. Pytanie, kto to mógł zrobić? Usłyszałam krzyk Tomka i szybko się odwróciłam. Za mną stał mężczyzna w wieku około dwudziestu lat. Był przystojny, miał ciemne blond włosy i intensywnie zielone oczy. W ręku trzymał pistolet. Niewiele myśląc, zamachnęłam się na niego młotkiem. Przeciwnik był jednak szybszy, złapał za młotek i odrzucił na drugi koniec łazienki. Nic nie mówiąc, mężczyzna obrócił się na pięcie i ruszył do pokoju po Tomka. Wybiegałam za nim, ale Tomka nie było. Nie to, żebym wierzyła, ale miałam ochotę krzyknąć ,,dzięki Bogu!".
-Gdzie on jest? - spytał napastnik wrogim głosem.
-Kto? Mój brat przystojniak? Bezpieczny. - Mężczyzna jakby nie usłyszał moich słów. Wciągnął głęboko powietrze nosem i podszedł do łóżka. Potem się schylił i wyciągnął spod niego Tomka, który był jak sparaliżowany; przyłożył mu pistolet do głowy, ale nie zdążył strzelić, ponieważ mój brat walnął go mocno w twarz tak, że pistolet poleciał wypadł z rąk mężczyzny i poleciał pod drzwi mojego pokoju. Przeciwnik ruszył w moją stronę, mówiąc:
-Głupia dziewczyna! Nie chodzi mi o ciebie, więc jeśli będziesz grzeczna, przeżyjesz.
-A więc wolisz chłopców? Szkoda - powiedziałam. Zdałam sobie sprawę, że barykada pokoju to nie był mój najlepszy pomysł. Ani ja, ani mój bliźniak nie mogliśmy uciekać. Mężczyzna zamachnął się, by uderzyć mnie w twarz, ale ja szybko przemknęłam mu pod ręką i pobiegłam po pistolet. Nie zdążyłam, bo trzymał go już Tomek.
-Strzelaj! Strzelaj! - krzyczałam. Tomek strzelił i trafił przeciwnika w ramię. Mężczyzna ani drgnął. Znalazł się szybko obok mnie złapał za ramiona tak mocno, że straciłam chwilowo czucie.
-Odłóż delikatnie pistolet na podłogę i kopnij w moją stronę. - Dawałam Tomkowi znak oczami by tego nie robił. On mnie zignorował i spełnił polecenie. Mężczyzna podniósł pistolet i powiedział:
-Chłopcze jeśli chcesz ją ocalić oddaj się w moje ręce. Ktoś musi dziś zginąć.
W tej chwili rozległo się pukanie do pokoju. To rodzice. Napastnik się zdekoncentrował. Wystarczyła chwila, żebym mu się wyrwała i pobiegła w stronę mojego brata.
-Uciekaj - szepnęłam i spojrzałam na okno.
-Zwariowałaś?! - Mężczyzna szedł już z wycelowanym pistoletem  w naszą stronę. Niewiele myśląc wypchnęłam Tomka przez okno. Na pewno przeżyje, nie gwarantuję jednak, że cały i zdrowy.
-Ty mała suko! - Facet złapał mnie za szyję i przygwoździł do ściany. Przyłożył mi pistolet do skroni. - Ktoś dzisiaj musi zginąć - szepnął mi do ucha i pociągnął za spust.


piątek, 17 stycznia 2014

"Palenie lęków"

-Jest normalnie - moja codzienna odpowiedź na pytanie mamy.
-Co dzisiaj robiłyście? Słyszałam, że już kończycie te seanse. - Powiedziała moja mama, która ciągle się o mnie zamartwia, niepotrzebnie rzecz jasna. To tylko zwykłe rozmowy z psychologiem, lecz nie dla mojej mamy. Ona myśli, że my tam siedzimy i rozmawiamy Bóg wie o czym.
-Mamo, to nie są żadne seanse, tylko zwykłe spotkania i rozmowy.
-A Ty jak sobie radzisz? Nie miewasz koszmarów?
-Nie.
Cóż, przynajmniej w tym aspekcie widzę poprawę. Bałam się spać, nigdzie nie wychodziłam, bo każdy potwór z koszmaru podążał za mną. Najgorsze jednak były noce.
Do kuchni wszedł tata i sięgnął po swoją ukochaną kawę.
-Cześć młoda. Mam rozumieć, że nie wybierasz się dziś do szkoły? - odruchowo zerknęłam na zegar.
-Już wpół do?! O cholera. - Wybiegłam z kuchni, zostawiając rodziców ze zdziwieniem na twarzach.
Droga do szkoły jest spokojna. Lubię tędy chodzić, bo nie słychać silników samochodów. Jest też tu mało ludzi, więc to idealne miejsce dla takiego świra jak ja.
Szkoła kiedyś była dla mnie koszmarem. Nienawidziłam tych wszystkich ludzi. Teraz chodzę po niej z podniesioną głową. Teoretycznie powinno być odwrotnie. Ludzie dowiedzieli się, że widuję się z psycholog, więc ich nastawienie do mnie uległo zmianie.
-To ta świruska.
-Podobno chciała się zabić.
-Chyba jest anorektyczką.
Tylko tak teraz ludzie o mnie mówią. Nie starałam się o rozgłos. Nigdy nie chciałam być w centrum.
-Marianna! - Właśnie tak mam na imię, lecz nikt tak na mnie nie mówi oprócz mojej jedynej koleżanki. - Pokaż mi koszmary. - Koszmary to moje rysunki i przedstawiają głównie moje hmm, no cóż moje koszmary.
-Nie mam nic nowego.
-Głupia, narysuj mnie. Jestem przecież swego rodzaju potworem. -To nie żaden potwór, a Aśka - dziewczyna, którą spotkałam u mojej psycholog. Ona miewała koszmary, z których budziła się z krzykiem. Prześladowały ją różne duchy, które każdej nocy wyciągały jej wnętrzności z brzucha. Straszne, ale prawdziwe.
-Aśka, wiesz, że nie rysuję ludzi.
-My nie jesteśmy ludźmi. Jesteśmy cieniami, które jakimś cudem widzą inni. - W jej oczach zobaczyłam prawdę, ona jest bardzo podobna do mnie.
-Nie. My jesteśmy po prostu nienormalne, ale jednak jesteśmy ludźmi.
-To prawda co mówią plotki. Nie masz poczucia humoru.
-Niewiele z tych plotek to prawda, ale akurat poczucie humoru mam.
-Nie. Ja jestem ta zabawna, a ty jesteś od greźdania i kreślenia.
-Zobaczymy się potem?
-Okej, weź wódkę, bo nie przetrwam "palenia swoich lęków". - Nasz psycholog wymyśliła, że spiszemy swoje lęki na kartkę a potem wrzucimy je do ognia.
Szkoła się skończyła. Mogę wracać do budynku, który przyzwyczaiłam się nazywać domem. Jak zwykle, szłam swoimi krętymi, opuszczonymi uliczkami, gdy nagle usłyszałam dziwne syczenie. Ciekawość wzięła górę, musiałam to sprawdzić. Poszłam w stronę hałasu. Skręciłam za róg i ujrzałam mężczyznę. Stał do mnie plecami, był zgarbiony.
-Proszę pana, wszystko w porządku?
Facet odpowiedział mi syczeniem. Postanowiłam pójść szybko do domu, nie oglądając się za siebie.
-Hej, ty! - usłyszałam za plecami. Nie odwróciłam się. - Zaczekaj! - Przyśpieszyłam kroku, gdy nagle zza rogu wyszedł kolejny mężczyzna. Nie zdążyłam się zatrzymać w porę i uderzyłam o bardzo twardą klatkę piersiową. Spojrzałam w górę. Ujrzałam ciemne, zimne i groźne oczy. Patrzyły na mnie spod krzaczastych brwi. Najgorsze jednak były jego zęby, ostre jak noże. Mężczyzna miał pokrytą brodę i ubranie czymś czerwonym i klejącym. O kurde! To krew!! Odwróciłam się z zamiarem ucieczki, ale napotkałam opór. Uderzyłam o tego mężczyznę, który wydawał owe przerażające syczenie. Jego ubranie też było pokrytę krwią, ale twarz zdążył chyba wytrzeć.
-Wybierasz się gdzieś, kochana? - spytał syczący facet.
-Właściwie to szłam do domu.
-A nie chcesz zostać z nami. Mamy tutaj dużo miejsca. Pomieścimy się. - kontynuował syczący.
-Nie. Wolę swój dom. Do widzenia. - Spróbowałam się jakoś wymknąć, niestety nie udało się.
-Jeśli zrobisz to, o co prosimy, tylko jedną rzecz, puścimy cię wolno.
-Mam w o uwierzyć?
-Chyba nie masz wyboru. - To prawda.
-Więc o co chodzi?
-Daj mi swoją rękę. - To już był szczyt dziwności, ale zrobiłam to, co kazał. Miałam już dość, chciałam jak najszybciej uciec. Kompan tego syczącego stał cicho za moimi plecami.
-Zadowolony? Mogę iść?
-To nie wszystko. - Nim się obejrzałam, syczący podwinął mi rękaw. Wciągnęłam powietrze, a mój prześladowca zrobił wielkie oczy ze zdziwienia. - Trudna z Ciebie sztuka. Mogłabyś być jedną z nas. Byłabyś idealna. Szkoda tylko, że jestem taki głodny.
Te słowa wywołały u mnie szok. Zaczęłam się szamotać, próbując wyrwać swoją rękę z uścisku. Nie udało się. Dodatkowo, koleś z tyłu objął mnie rękoma i mocno przycisnął do siebie. Wpadłam w panikę, wyrywałam się, kopałam i krzyczałam. Wiedziałam jednak, że to wszystko jest bezcelowe.
-Uspokój się, kochana. Nikt nie lubi gryźć napiętych mięśni. - Już w następnej sekundzie syczący wgryzł mi się w przedramię.Z mojej razy trysnęła krew. Syczący widział gdzie ugryźć. Bolało niemiłosiernie. Syczący sięgnął zębami do mojej ręki po raz drugi i oderwał spory kawałek skóry wraz z mięsem. Ciągle krzyczałam. Moje ubranie było już prawie całe mokre od krwi. Nie zdążyłam otrząsnąć się z widoku kolesia przeżuwającego kawałek mojego ciała, gdy mężczyzna, które trzymał mnie w żelaznym uścisku wgryzł mi się w szyję. Krew trysnęła mi na ubranie i na ziemię. Nie byłam już w stanie znieść takiego bólu. Zemdlałam. A może umarłam?

czwartek, 16 stycznia 2014

Początek

Witajcie.
Blog ten założyłam z myślą zamieszczania tu opowiadań i wierszy. Postaram się również komentować książki. Robię to w celu ćwiczenia samej siebie. Poza tym lubię pisać. Mam nadzieję, że zyskam kilku wiernych czytelników, którzy będą chcieli czytać moje pseudo-dzieła. Zachęcam do komentowania i pisania do mnie na prywatne.
Pierwsze opowiadanie już jutro.
Dobranoc.