niedziela, 20 listopada 2016

Wisielce

Wszyscy myślą, że ta historia jest o nich, że to ich sen. I wszyscy się mylą.
Zaczyna się ona od  prostej czynności, jaką jest sen. Ja też tak zrobiłem, położyłem się do łóżka jak co wieczór. Przyśniło mi się straszne miejsce. Najpierw otaczała mnie ciemność. Nic mi nie pomógł fakt, że zaczęło się rozjaśniać. Wydawało mi się, że jestem w nicości. Pode mną znajdował się jakiś duży ciemny kształt, jakby urwisko Chciałem rozejrzeć czy nade mną coś jest, niestety nie mogłem poruszyć głową. Sięgnąłem rękoma do szyi i wtedy to poczułem. Wisiałem. Wisiałem na linie jak wisielec. Jak mogłem tego nie poczuć?! Dlaczego nic nie czuję? W panice machałem rękami, rzucałem całym ciałem ale to nic nie dało. Wokół mnie nie było niczego, co mogłoby pomóc mi się uwolnić. Musiałem się uspokoić. Wdech, wydech. Rozejrzałem się jeszcze raz, ale nic się nie zmieniło. Wisiałem zawieszony Bóg wie jak, w swego rodzaju odrętwieniu. Czułem moje ciało, ale nie czułem bólu jaki powinien mi sprawiać sznur zaciśnięty wokół mojej szyi. Przez moją głowę przepływało mnóstwo myśli, uczepiłem się tej najrozsądniejszej. Ja po prostu śnię. Skoro zdałem już sobie z tego sprawę, mogę się obudzić. Zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie jak leżę w swoim wygodnym łóżku, obok stoi szafka nocna a na niej książka i telefon. Telefon! Rano muszę wstać do szkoły, budzik ustawiony w telefonie mnie obudzi. Ale czy to oznacza, że będę tak wisiał do rana? Jak daleko jest rano? Skoro w moim śnie jest jeszcze dość ciemno, to czy naprawdę jest ciemno?
I nagle coś poczułem, nie byłem już w tej pustce sam. Ktoś tam był. Jednak to nie poprawiło mojego samopoczucia. Wbrew przeciwnie, w środku czułem ogromny niepokój. 
-Aghgh!! 
Co to było? Otworzyłem szybko oczy i ujrzałem najgorszą możliwą rzecz na świecie. Cholera, to nie rzecz, to człowiek! Obok mnie znikąd nagle pojawił się ktoś, kto tak jak jak wisiał zawieszony w próżni. Tyle tylko, że tamten nie wyglądał...żywo? Jego ciało wisiało nie dalej niż dwa metry ode mnie, bezwładnie lekko się poruszając. To co mnie naprawdę przeraziło to jego twarz, a może raczej jej brak. Wyglądało tak jakby ktoś usunął mu twarz, dosłownie, zdjął całą skórę tak, że pozostał tylko krwawy jej zarys. Zatem oczy nie były zasłonięte powiekami i czułem jakby ten ktoś cały czas na mnie patrzył. Byłem więcej niż przestraszony. Nie rozumiem skąd taki sen. Po chwili po usłyszałem a może raczej wyczułem jakiś ruch. Bałem się odwrócić tam twarz, ale nie wiedziałem co innego mógłby zrobić. Sytuacja i tak już była beznadziejna. Powoli poruszyłem głową w drugą stronę i chyba krzyknąłem. Tuż przy mojej twarzy zobaczyłem twarz tamtego wisielca, a może kogoś innego też bez skóry na twarzy. Nie wisiał jednak tak jak ja i ten drugi. Stał sobie na urwisku, którego wcześniej nie mogłam zidentyfikować. Poruszył się. Na zgiętych kolanach odszedł ode mnie dwa kroki i nagle zamarł. W przykucniętej pozycji wpatrywał się we we mnie jakby mnie oceniał. Ze strachu nie mogłem nawet się poruszyć, więc przez dłuższą chwilę patrzyliśmy na siebie. On z niezwykle wytrzeszczonymi oczami, ja pewnie jakbym miał się rozpłakać. 
-Jesteś tu. - przemówił stwór. Jego głos brzmiał o dziwo czysto ale też bardzo mrocznie, jakby był zadowolony, że mnie widzi.
Obawiałem się, że nie dam rady nic powiedzieć przez sznur, ale musiałem spróbować.
-To sen. Ja śnię. - Mój kompan roześmiał się tylko pokazując białe zęby, które wraz z jego krwawą twarzą dawały naprawdę upiorny efekt. Skuliłem się, czułem się bezbronny. Co jeśli to coś mi też zedrze skórę z twarzy.
-Jesteś gotowy? - spytał. Nie rozumiałem pytania, nie mogłem też zmusić się żeby zapytać na co mam być gotowy. Może byt bardzo obawiałem się odpowiedzi. 
Poczułem, że zaczynam się machać, jak wahadło w zegarze. Poruszałem się to w stronę człowieka (a może to już nie człowiek) na klifie, to w stronę drugiego na sznurze. Strach mnie sparaliżował. Nie mogłem nad tym zapanować, dlatego to było takie okropne. To coś na urwisku zaczęło się śmiać i wyciągać do mnie swoje łapy, tak by mnie złapać gdy akurat jestem wychylony w jego kierunku. Był tak blisko, że gdyby przysunął się o centymetr, złapałby mnie. Coś dotknęło mnie z tyłu. Wiedziałem, że to ten drugi ale i tak odchyliłem głowę. Wisielec też wyciągał do mnie łapy, by mnie złapać. Nie śmiał się w głos, po prostu odsłaniał lekko zęby i patrzył na mnie z błaganiem w oczach. On też się bał. Wisiałem jak pomiędzy Scyllą i Charybdą, otoczony przez dwa potwory, które chcą mnie dopaść.Krzyczałem, płakałem i wyrywałem się. Nie byłem już taki pewien czy to sen, moje serce waliło tak mocno jakby zaraz miało wyskoczyć z mojej piersi i spaść na dno, o ile to miejsce ma jakieś dno.
Trwało to milion nieskończoności. Myślałem, że to się nigdy nie skończy, byłem w błędzie. Już nie wiszę pomiędzy dwoma ludźmi bez twarzy. Teraz jestem jednym z nich, zastąpiłem tego, który stał na urwisku. Śmieję się tak jak on, bo nie jestem już śmiertelnie przerażonym człowiekiem, który wisi i boi się, że zaraz zostanie złapany. Śmieję się, bo właśnie pojawił się ktoś nowy, kto będzie mógł zająć moje miejsce. Jak tylko go złapię, zedrę mu skórę z twarzy, by wiedział, że nie jest już człowiekiem. Potem on sam nauczy się to robić i będzie to robił każdego dnia, bo skóra odrasta. Czas zacząć nową historię, nowy sen.

Czekam

Sama w duszy
bryły
zamknąć
Schować jedno
dla nich nie
mogę otworzyć
Zapuszczam nici
istnieć może tylko
całość
Gdy środek
złamany musi
być
Szept cichy nie
wie o tym
Czekam...