Jadę autobusem i podziwiam piękno świata. Słońce razi mnie w oczy. Patrzę na ludzi, którzy nie myślą o tym co jest teraz, gdzieś pędzą. To wszystko jest w przyszłości. Ktoś wyszedł z psem na spacer. Obok dwójka małych chłopców uderza patykami w pień drzewa. Obserwuję jedyny taki moment w całych dziejach ludzkości. Dokładnie taka chwila nie powtórzy się już nigdy. I po raz kolejny zdaję sobie sprawę jakie to wszystko jest cudowne: to życie, ludzie mnie otaczający, świat którego funkcjonowanie na zawsze zostanie tajemnicą. Jestem szczęśliwa, że dane jest mi być tu gdzie teraz jestem. Czuję, ze wszystko jest idealnie tak, jak powinno być. Doceniam to tak bardzo, ze boję się zrobić cokolwiek, by tego nie zepsuć. Ale wiem, że ja też idealnie się wpasowuję i nie muszę nic robić, nie muszę się starać. Z tej radości chce mi się płakać. Jednocześnie czuję przemijanie. Moje obserwowanie tej chwili sprawia, że ona przemija. A ja czuję, że muszę się z nią pożegnać, muszę pożegnać się ze wszystkim. Zupełnie tak jakbym miała zaraz odejść, jakbym miała umrzeć, i nie jest to pierwszy raz kiedy tak się czuję. I wiem, że raczej nie ma szans żebym dziś umarła. Nie ważne jak bardzo bym tego pragnęła.