piątek, 17 stycznia 2014

"Palenie lęków"

-Jest normalnie - moja codzienna odpowiedź na pytanie mamy.
-Co dzisiaj robiłyście? Słyszałam, że już kończycie te seanse. - Powiedziała moja mama, która ciągle się o mnie zamartwia, niepotrzebnie rzecz jasna. To tylko zwykłe rozmowy z psychologiem, lecz nie dla mojej mamy. Ona myśli, że my tam siedzimy i rozmawiamy Bóg wie o czym.
-Mamo, to nie są żadne seanse, tylko zwykłe spotkania i rozmowy.
-A Ty jak sobie radzisz? Nie miewasz koszmarów?
-Nie.
Cóż, przynajmniej w tym aspekcie widzę poprawę. Bałam się spać, nigdzie nie wychodziłam, bo każdy potwór z koszmaru podążał za mną. Najgorsze jednak były noce.
Do kuchni wszedł tata i sięgnął po swoją ukochaną kawę.
-Cześć młoda. Mam rozumieć, że nie wybierasz się dziś do szkoły? - odruchowo zerknęłam na zegar.
-Już wpół do?! O cholera. - Wybiegłam z kuchni, zostawiając rodziców ze zdziwieniem na twarzach.
Droga do szkoły jest spokojna. Lubię tędy chodzić, bo nie słychać silników samochodów. Jest też tu mało ludzi, więc to idealne miejsce dla takiego świra jak ja.
Szkoła kiedyś była dla mnie koszmarem. Nienawidziłam tych wszystkich ludzi. Teraz chodzę po niej z podniesioną głową. Teoretycznie powinno być odwrotnie. Ludzie dowiedzieli się, że widuję się z psycholog, więc ich nastawienie do mnie uległo zmianie.
-To ta świruska.
-Podobno chciała się zabić.
-Chyba jest anorektyczką.
Tylko tak teraz ludzie o mnie mówią. Nie starałam się o rozgłos. Nigdy nie chciałam być w centrum.
-Marianna! - Właśnie tak mam na imię, lecz nikt tak na mnie nie mówi oprócz mojej jedynej koleżanki. - Pokaż mi koszmary. - Koszmary to moje rysunki i przedstawiają głównie moje hmm, no cóż moje koszmary.
-Nie mam nic nowego.
-Głupia, narysuj mnie. Jestem przecież swego rodzaju potworem. -To nie żaden potwór, a Aśka - dziewczyna, którą spotkałam u mojej psycholog. Ona miewała koszmary, z których budziła się z krzykiem. Prześladowały ją różne duchy, które każdej nocy wyciągały jej wnętrzności z brzucha. Straszne, ale prawdziwe.
-Aśka, wiesz, że nie rysuję ludzi.
-My nie jesteśmy ludźmi. Jesteśmy cieniami, które jakimś cudem widzą inni. - W jej oczach zobaczyłam prawdę, ona jest bardzo podobna do mnie.
-Nie. My jesteśmy po prostu nienormalne, ale jednak jesteśmy ludźmi.
-To prawda co mówią plotki. Nie masz poczucia humoru.
-Niewiele z tych plotek to prawda, ale akurat poczucie humoru mam.
-Nie. Ja jestem ta zabawna, a ty jesteś od greźdania i kreślenia.
-Zobaczymy się potem?
-Okej, weź wódkę, bo nie przetrwam "palenia swoich lęków". - Nasz psycholog wymyśliła, że spiszemy swoje lęki na kartkę a potem wrzucimy je do ognia.
Szkoła się skończyła. Mogę wracać do budynku, który przyzwyczaiłam się nazywać domem. Jak zwykle, szłam swoimi krętymi, opuszczonymi uliczkami, gdy nagle usłyszałam dziwne syczenie. Ciekawość wzięła górę, musiałam to sprawdzić. Poszłam w stronę hałasu. Skręciłam za róg i ujrzałam mężczyznę. Stał do mnie plecami, był zgarbiony.
-Proszę pana, wszystko w porządku?
Facet odpowiedział mi syczeniem. Postanowiłam pójść szybko do domu, nie oglądając się za siebie.
-Hej, ty! - usłyszałam za plecami. Nie odwróciłam się. - Zaczekaj! - Przyśpieszyłam kroku, gdy nagle zza rogu wyszedł kolejny mężczyzna. Nie zdążyłam się zatrzymać w porę i uderzyłam o bardzo twardą klatkę piersiową. Spojrzałam w górę. Ujrzałam ciemne, zimne i groźne oczy. Patrzyły na mnie spod krzaczastych brwi. Najgorsze jednak były jego zęby, ostre jak noże. Mężczyzna miał pokrytą brodę i ubranie czymś czerwonym i klejącym. O kurde! To krew!! Odwróciłam się z zamiarem ucieczki, ale napotkałam opór. Uderzyłam o tego mężczyznę, który wydawał owe przerażające syczenie. Jego ubranie też było pokrytę krwią, ale twarz zdążył chyba wytrzeć.
-Wybierasz się gdzieś, kochana? - spytał syczący facet.
-Właściwie to szłam do domu.
-A nie chcesz zostać z nami. Mamy tutaj dużo miejsca. Pomieścimy się. - kontynuował syczący.
-Nie. Wolę swój dom. Do widzenia. - Spróbowałam się jakoś wymknąć, niestety nie udało się.
-Jeśli zrobisz to, o co prosimy, tylko jedną rzecz, puścimy cię wolno.
-Mam w o uwierzyć?
-Chyba nie masz wyboru. - To prawda.
-Więc o co chodzi?
-Daj mi swoją rękę. - To już był szczyt dziwności, ale zrobiłam to, co kazał. Miałam już dość, chciałam jak najszybciej uciec. Kompan tego syczącego stał cicho za moimi plecami.
-Zadowolony? Mogę iść?
-To nie wszystko. - Nim się obejrzałam, syczący podwinął mi rękaw. Wciągnęłam powietrze, a mój prześladowca zrobił wielkie oczy ze zdziwienia. - Trudna z Ciebie sztuka. Mogłabyś być jedną z nas. Byłabyś idealna. Szkoda tylko, że jestem taki głodny.
Te słowa wywołały u mnie szok. Zaczęłam się szamotać, próbując wyrwać swoją rękę z uścisku. Nie udało się. Dodatkowo, koleś z tyłu objął mnie rękoma i mocno przycisnął do siebie. Wpadłam w panikę, wyrywałam się, kopałam i krzyczałam. Wiedziałam jednak, że to wszystko jest bezcelowe.
-Uspokój się, kochana. Nikt nie lubi gryźć napiętych mięśni. - Już w następnej sekundzie syczący wgryzł mi się w przedramię.Z mojej razy trysnęła krew. Syczący widział gdzie ugryźć. Bolało niemiłosiernie. Syczący sięgnął zębami do mojej ręki po raz drugi i oderwał spory kawałek skóry wraz z mięsem. Ciągle krzyczałam. Moje ubranie było już prawie całe mokre od krwi. Nie zdążyłam otrząsnąć się z widoku kolesia przeżuwającego kawałek mojego ciała, gdy mężczyzna, które trzymał mnie w żelaznym uścisku wgryzł mi się w szyję. Krew trysnęła mi na ubranie i na ziemię. Nie byłam już w stanie znieść takiego bólu. Zemdlałam. A może umarłam?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz