Często zastanawiałam się czy jak teraz umrę to będę żałować. Myślałam nad tym czego jeszcze nie zrobiłam i co mogłabym zrobić, z kim potrzebuję porozmawiać. Jak sprawić by być w zgodzie z samą sobą. Zawsze jednak dochodziłam do przekonania, że jestem gotowa na śmierć, że wszystko co się do tej pory zdarzyło było sprawiedliwe. Nie byłoby mi żal umierać dokładnie w tym momencie. Tego ranka też miałam w głowie takie myśli. Nie wiedziałam wtedy jednak co mnie czeka później.
Obudziłam się w ciemnym, zimnym i nieprzyjemnym miejscu. Bolała mnie głowa, prawdopodobnie od wcześniejszego uderzenia. Po kilku minutach moje oczy zaczęły przyzwyczajać się do ogólnie panującego mroku. Rozejrzałam się po pomieszczeniu: nie było duże, a jedynym źródłem światła była mała żarówka nad drzwiami naprzeciw mnie. Nie było tu ani okien ani żadnych mebli, podłoga jak i ściany wykonane były chyba z kamieni o niezbyt równej powierzchni. Usiadłam i oparłam się plecami o ścianę. Dopiero po dłuższej chwili, gdy opanowałam zawroty głowy, zauważyłam, że nie jestem tu sama. Obok mnie leżały jeszcze cztery osoby. Nie były przytomne, ale chyba żyły. Taką przynajmniej miałam nadzieję. Z tego co udało mi się ustalić razem ze mną uwięziono jeszcze 2 dziewczyny i dwóch chłopaków. Dziwne było to, że nie bałam się. Choć to zupełnie bez sensu, byłam raczej ciekawa. Ktoś po mojej prawej poruszył się, przewrócił na plecy i podniósł rękę do głowy. Był to chłopak o ciemnych włosach. Domyśliłam się, że został uderzony tak jak ja.
-Hej - powiedziałam. Nie miałam w zamiarze go przestraszyć, jednak chłopak drgnął i o odsunął się pod ścianę. Nadal dzieliła nas niewielka odległość, ale rozumiem jego reakcję. - Przepraszam, ja ... nie chciałam. - Dopiero teraz chłopak podniósł na mnie swój wzrok. Jego oczy były wielkie i tak brązowe, że w tym ciemnym pomieszczeniu wydawały się całkiem czarne. Po szybkim spojrzeniu na mnie mój kolega z celi rozejrzał się po pomieszczeniu, dłużej patrzył na trzy jeszcze nieprzytomne osoby.
-Gdzie jesteśmy? - spytał, ciągle patrząc na pozostałych.
-Nie wiem. Dopiero się ocknęłam. - Chłopak jakby dziwiąc się, że otrzymał odpowiedź, szybko przerzucił swoją uwagę na mnie.
-Myślisz, że... - zdanie nie zostało dokończone, bo przerwał je nagły dźwięk otwieranego zamka w drzwiach.
Popatrzyłam na chłopaka. Sprawiał wrażenie sparaliżowanego strachem, ja za to czułam odrealnienie, tak jakby to wszystko było jedną wielką halucynacją. Drzwi powoli zaczęły się otwierać, wydając przy tym nieznośny dźwięk. Kątem oka widziałam, że trójka śpiących do tej ludzi, zaczyna się budzić. Drzwi całkowicie się otworzyły, a przed nami stanęła ciemna postać, po budowie ciała można było poznać, że to mężczyzna. Stał chwilę patrząc na nas z góry i jakby nas oceniając. Po chwili zrobił krok tak, że żarówka nad drzwiami oświetliła jego twarz. Było to człowiek zdecydowanie po czterdziestce, wyglądał na chorego albo po prostu bardzo zmęczonego. Miał prawie całe włosy siwe, podobnie z kilkudniowym zarostem. Na sobie miał stare jeansy i trampki oraz szarą, luźna koszulkę. Był raczej wątłej budowy, wzrostu nie mogłam ocenić ze swojej leżącej perspektywy. Nieznajomy sprawiał wrażenie spokojnego o opanowanego. Nie przyszedł nam jednak z pomocą. Nie był wcale zdziwiony a to znaczy, że doskonale wiedział a piątce nastolatków uwięzionych w jego piwnicy.
-Idziemy - powiedział cichym aczkolwiek silnym głosem. - Róbcie co mówię a nic wam się nie stanie. - Po tych słowach, mężczyzna wyszedł. Chciał, żebyśmy my podążyli za nim. Spojrzałam na resztę, chłopak który ocknął się pierwszy patrzył na mnie pytająco, pozostali dopiero dochodzili do siebie.
Po chwili stałam już na nogach, głowa rozbolała mnie z nową siłą. Zachwiałam się, lecz chłopak po mojej prawej też zdążył już wstać, i mnie złapać.
-Chyba najrozsądniej będzie za nim iść. Powiedział, że nic nam się nie stanie, jeśli będziemy go słuchać.
-I ty wierzysz? Co jeśli to jakiś psychol? W końcu porwał nas i zamknął tutaj - odezwała się dziewczyna, która leżała w kącie obok mnie. Była to drobna blondynka, a jednak sprawiała wrażenie silnej.
-Przecież nie możemy tu zostać. - Tym razem odezwał się drugi w naszym gronie chłopak. - Idźmy za nim. - dodał i jak gdyby nigdy nic wyszedł z pomieszczenia. Nie pozostało nam nic innego jak pójść w jego ślady.
Wyszliśmy na ciemny korytarz, drogę oświetlała nam jedna żarówka podobna do tej z naszej celi. Pierwszy chłopak był już w połowie schodów na górę, za nim szła dziewczyna mojego wzrostu z ciemnymi włosami, potem ja, brunet i na końcu blondynka. Wszyscy dostaliśmy się na górę. Dom nie wyróżniał się niczym szczególnym. Ściany miały jasny kolor, na podłodze leżały panele. Nie było tu jednak żadnych mebli.Po lewej były drzwi do jednego pokoju, po prawej dwa inne.Tam czekał już na nas mężczyzna, który przyszedł wcześniej do piwnicy. Porywacz stał przy jedynych otwartych drzwiach po prawej. Wzrokiem zaprosił nas do środka. W milczeniu zrobiliśmy to czego od nas oczekiwał. Był to niezwykle duży pokój z jednym oknem naprzeciwko drzwi. Ściany były dość zniszczone, farba praktycznie całą zdrapana. Na podłodze leżały stare, podrapane panele. Okna nie zakrywały firanki, były tam jednak kraty. Nie zdążyłam nawet pomyśleć o ucieczce, bo przestraszył mnie dźwięk zamykanych drzwi. Staliśmy grupą na środku pokoju, przy drzwiach stanął mężczyzna z piwnicy oraz dwóch innych. Byli dobrze zbudowani, oboje mieli krótkie włosy i ciemne ubranie. Domyślam się, ze to oni zajęli się porwaniami. Ten, który stał po prawej stronie mężczyzny, którego poznaliśmy jako pierwszego wręczył mu jakąś podłużną rzecz. Nie wiem dokładnie co to było, przypominało trochę dzidę tylko krótszą, może metrową. Ten widok tak mocno na mnie podziałał, że serce mi przyśpieszyło. Po prostu bałam się. Dopiero teraz obudził się we mnie strach.
-Pod ścianę - powiedział, wskazując dzidą miejsce zaraz obok drzwi. Rozejrzałam się po reszcie grupy. Wszyscy stali jak wryci, nikt nie chciał stać tak blisko tych trzech mężczyzn. -Chcecie żyć? - spytał spokojnym głosem.
Moje przerażenie było ogromne. Nagle dotarła do mnie prawdziwość porwania, kamiennej posadzki w piwnicy, braku możliwości ucieczki. Nagle zrozumiałam, że chcę żyć. Tylko jak wierzyć komuś, kto trzyma ostro zakończony przedmiot, który potencjalnie może zabić? Zerknęłam na bruneta, jego wzrok skupiony był na dwóch osiłkach, którzy blokowali drogę ucieczki. Możliwe, że obmyślał właśnie plan ucieczki. Postanowiła zrobić to co kazał porywacz. Dotarłam do miejsca wskazywanego nadal przez koniec dzidy. Pozostali ruszyli w przeciwną stronę, ustawiając się pod oknem. Nieznajomy kiwnął głową na swoich pomocników, a oni ustawili się na środku pomieszczania ,oddzielając pozostałych ode mnie. Mężczyzna ciągle trzymając dzidę wymierzoną w moją stronę, stanął przede mną.
-Dobrze - powiedział i uśmiechnął się. Nagle tak szybko, że ledwo zdążyłam zauważyć, zamachnął się dzidą w kierunku mojej głowy. Zauważyłam tylko jej ostry koniec, lecz jedyne co mogłam zrobić to krzyknąć. Byłam maksymalnie przerażona. Chciałam żyć, lecz nie było już dla mnie wyjścia z tej sytuacji. Cios był tak silny, że uderzyłam plecami o ścianę. Poczułam ogromny ból, ale nie w głowie tylko w gardle. Spojrzałam przed siebie i ujrzałam zadowolenie i satysfakcję na twarzy mojego oprawcy, które ciągle naciskał na dzidę tak, że nie mogłam się osunąć na ziemię. Widziałam też samą dzidę, a raczej jeden z jej końców. Drugi tkwił w mojej buzi, mogłam oprzeć na niej swoje zęby. W tym momencie przyszła mi do głowy myśl; jeśli teraz umrę czy będzie i szkoda? I po raz pierwszy odkąd pamiętam, chciałam żyć. Mężczyzna pchnął jeszcze raz dzidę i nagle zabrał z niej swoje ręce. Wydobył się ze mnie krótki i głośny krzyk. W tle słyszałam też krzyki innych. Bardzo bolało mnie gardło, nie głowa. Nie od razu upadłam na ziemię, dzida musiała wychodzić z drugiej strony mojej głowy. Najpierw musiałam odsunąć się od ściany. Zamknęłam oczy i pozwoliłam, by grawitacja zrobił swoje. Upadłam na podłogę, głowę oparłam o ścianę, zamknęłam oczy i postanowiłam, że zrobię jedyną rzecz, która może mnie uratować. Będę udawała, że nie żyję. Tkwiłam więc w tej beznadziejnej sytuacji, ledwo oddychając i nadal walcząc o życie. Nie wiem jak długo to trwało, ale usłyszałam w końcu znajomy cichy i pewny głos:
-Chłopcy, ona jeszcze żyje. - Wiem, że to było o mnie. Usłyszałam gdzieś w oddali otwierające i zaraz zamykające się drzwi. Otworzyłam oczy. Przede mną kucał ten sam człowiek, który przed chwilą próbował mnie zabić. Choć jego usta się nie uśmiechały, oczy były pełne radości. Radości i szaleństwa.
-Podnieście ją - powiedział i zaraz podeszło mnie dwóch pomocników. Reszta byłą pilnowana przez jeszcze jednego osiłka w ciemnym stroju, pewnie przed chwilą dołączył. Postawiono mnie na nogach. Ból był niesamowity, a ja nie mogłam dać jego upustowi. Jeden z nich stanął za mną i trzymał mnie, żeby się nie przewróciła. Drugi patrząc mi prosto w oczy bez żadnych emocji jakby to było coś co robi codziennie, zakładał mi na szyję sznur. Najpierw włożył go na kawałek drewna wystającego z mojej buzi, potem na głowę. Gdy już sznur znalazł się na mojej szyi, osiłek podszedł do małej kupki jakichś szmat na środku pokoju i ją podpalił. Następnie podszedł do mnie. Facet, który do tej pory mnie podtrzymywał z tyłu odsunął się. Stałam więc sama z dzidą w ustach i sznurem na szyi. Moje towarzysze z cele stali w kącie pilnowani przez jednego z tych potworów. Ich szef patrzył jednak na mnie przez dłuższą chwilę. Gdy już skończył podziwiać, wyciągnął z kieszeni małą buteleczkę i oblał mnie płynem, który w niej się znajdował. Próbowałam się bronić, ale nie bardzo miałam na to siłę. Zdałam sobie sprawę, że to benzyna. I już wiedziałam jak zginę. A ja tak bardzo chcę żyć. Jeden z osiłków sięgnął po linę i pociągnął mocno w kierunku ognia, musiałam za nim iść. Spojrzałam w dół. Moje ubranie było zakrwawione, ja nawet nie czułam że krwawię, po prostu okrutnie bolało mnie gardło. Lina została przymocowana do haka na suficie znajdującego się nad źródłem ognia. Ja z kolei zostałam na krzesełku tuż obok samego ognia. Całą ta konstrukcja sprawiała, że gdy krzesła nie będzie już pod moimi stopami, zawisnę nad płomieniami. Ten z osiłków, które założył mi sznur na szyję naciągnął linę i przywiązał ja do gwoździa w podłodze przy ścianie. Podszedł mnie ten, który pierwszy mnie okaleczył i stanął naprzeciw mnie. Ręce trzymał skrzyżowane na piersi, patrzył mi prosto w oczy jakby szczycąc się wygraną.
-Nienawidzę tchórzy - powiedział i kopnął krzesło.
-Hej - powiedziałam. Nie miałam w zamiarze go przestraszyć, jednak chłopak drgnął i o odsunął się pod ścianę. Nadal dzieliła nas niewielka odległość, ale rozumiem jego reakcję. - Przepraszam, ja ... nie chciałam. - Dopiero teraz chłopak podniósł na mnie swój wzrok. Jego oczy były wielkie i tak brązowe, że w tym ciemnym pomieszczeniu wydawały się całkiem czarne. Po szybkim spojrzeniu na mnie mój kolega z celi rozejrzał się po pomieszczeniu, dłużej patrzył na trzy jeszcze nieprzytomne osoby.
-Gdzie jesteśmy? - spytał, ciągle patrząc na pozostałych.
-Nie wiem. Dopiero się ocknęłam. - Chłopak jakby dziwiąc się, że otrzymał odpowiedź, szybko przerzucił swoją uwagę na mnie.
-Myślisz, że... - zdanie nie zostało dokończone, bo przerwał je nagły dźwięk otwieranego zamka w drzwiach.
Popatrzyłam na chłopaka. Sprawiał wrażenie sparaliżowanego strachem, ja za to czułam odrealnienie, tak jakby to wszystko było jedną wielką halucynacją. Drzwi powoli zaczęły się otwierać, wydając przy tym nieznośny dźwięk. Kątem oka widziałam, że trójka śpiących do tej ludzi, zaczyna się budzić. Drzwi całkowicie się otworzyły, a przed nami stanęła ciemna postać, po budowie ciała można było poznać, że to mężczyzna. Stał chwilę patrząc na nas z góry i jakby nas oceniając. Po chwili zrobił krok tak, że żarówka nad drzwiami oświetliła jego twarz. Było to człowiek zdecydowanie po czterdziestce, wyglądał na chorego albo po prostu bardzo zmęczonego. Miał prawie całe włosy siwe, podobnie z kilkudniowym zarostem. Na sobie miał stare jeansy i trampki oraz szarą, luźna koszulkę. Był raczej wątłej budowy, wzrostu nie mogłam ocenić ze swojej leżącej perspektywy. Nieznajomy sprawiał wrażenie spokojnego o opanowanego. Nie przyszedł nam jednak z pomocą. Nie był wcale zdziwiony a to znaczy, że doskonale wiedział a piątce nastolatków uwięzionych w jego piwnicy.
-Idziemy - powiedział cichym aczkolwiek silnym głosem. - Róbcie co mówię a nic wam się nie stanie. - Po tych słowach, mężczyzna wyszedł. Chciał, żebyśmy my podążyli za nim. Spojrzałam na resztę, chłopak który ocknął się pierwszy patrzył na mnie pytająco, pozostali dopiero dochodzili do siebie.
Po chwili stałam już na nogach, głowa rozbolała mnie z nową siłą. Zachwiałam się, lecz chłopak po mojej prawej też zdążył już wstać, i mnie złapać.
-Chyba najrozsądniej będzie za nim iść. Powiedział, że nic nam się nie stanie, jeśli będziemy go słuchać.
-I ty wierzysz? Co jeśli to jakiś psychol? W końcu porwał nas i zamknął tutaj - odezwała się dziewczyna, która leżała w kącie obok mnie. Była to drobna blondynka, a jednak sprawiała wrażenie silnej.
-Przecież nie możemy tu zostać. - Tym razem odezwał się drugi w naszym gronie chłopak. - Idźmy za nim. - dodał i jak gdyby nigdy nic wyszedł z pomieszczenia. Nie pozostało nam nic innego jak pójść w jego ślady.
Wyszliśmy na ciemny korytarz, drogę oświetlała nam jedna żarówka podobna do tej z naszej celi. Pierwszy chłopak był już w połowie schodów na górę, za nim szła dziewczyna mojego wzrostu z ciemnymi włosami, potem ja, brunet i na końcu blondynka. Wszyscy dostaliśmy się na górę. Dom nie wyróżniał się niczym szczególnym. Ściany miały jasny kolor, na podłodze leżały panele. Nie było tu jednak żadnych mebli.Po lewej były drzwi do jednego pokoju, po prawej dwa inne.Tam czekał już na nas mężczyzna, który przyszedł wcześniej do piwnicy. Porywacz stał przy jedynych otwartych drzwiach po prawej. Wzrokiem zaprosił nas do środka. W milczeniu zrobiliśmy to czego od nas oczekiwał. Był to niezwykle duży pokój z jednym oknem naprzeciwko drzwi. Ściany były dość zniszczone, farba praktycznie całą zdrapana. Na podłodze leżały stare, podrapane panele. Okna nie zakrywały firanki, były tam jednak kraty. Nie zdążyłam nawet pomyśleć o ucieczce, bo przestraszył mnie dźwięk zamykanych drzwi. Staliśmy grupą na środku pokoju, przy drzwiach stanął mężczyzna z piwnicy oraz dwóch innych. Byli dobrze zbudowani, oboje mieli krótkie włosy i ciemne ubranie. Domyślam się, ze to oni zajęli się porwaniami. Ten, który stał po prawej stronie mężczyzny, którego poznaliśmy jako pierwszego wręczył mu jakąś podłużną rzecz. Nie wiem dokładnie co to było, przypominało trochę dzidę tylko krótszą, może metrową. Ten widok tak mocno na mnie podziałał, że serce mi przyśpieszyło. Po prostu bałam się. Dopiero teraz obudził się we mnie strach.
-Pod ścianę - powiedział, wskazując dzidą miejsce zaraz obok drzwi. Rozejrzałam się po reszcie grupy. Wszyscy stali jak wryci, nikt nie chciał stać tak blisko tych trzech mężczyzn. -Chcecie żyć? - spytał spokojnym głosem.
Moje przerażenie było ogromne. Nagle dotarła do mnie prawdziwość porwania, kamiennej posadzki w piwnicy, braku możliwości ucieczki. Nagle zrozumiałam, że chcę żyć. Tylko jak wierzyć komuś, kto trzyma ostro zakończony przedmiot, który potencjalnie może zabić? Zerknęłam na bruneta, jego wzrok skupiony był na dwóch osiłkach, którzy blokowali drogę ucieczki. Możliwe, że obmyślał właśnie plan ucieczki. Postanowiła zrobić to co kazał porywacz. Dotarłam do miejsca wskazywanego nadal przez koniec dzidy. Pozostali ruszyli w przeciwną stronę, ustawiając się pod oknem. Nieznajomy kiwnął głową na swoich pomocników, a oni ustawili się na środku pomieszczania ,oddzielając pozostałych ode mnie. Mężczyzna ciągle trzymając dzidę wymierzoną w moją stronę, stanął przede mną.
-Dobrze - powiedział i uśmiechnął się. Nagle tak szybko, że ledwo zdążyłam zauważyć, zamachnął się dzidą w kierunku mojej głowy. Zauważyłam tylko jej ostry koniec, lecz jedyne co mogłam zrobić to krzyknąć. Byłam maksymalnie przerażona. Chciałam żyć, lecz nie było już dla mnie wyjścia z tej sytuacji. Cios był tak silny, że uderzyłam plecami o ścianę. Poczułam ogromny ból, ale nie w głowie tylko w gardle. Spojrzałam przed siebie i ujrzałam zadowolenie i satysfakcję na twarzy mojego oprawcy, które ciągle naciskał na dzidę tak, że nie mogłam się osunąć na ziemię. Widziałam też samą dzidę, a raczej jeden z jej końców. Drugi tkwił w mojej buzi, mogłam oprzeć na niej swoje zęby. W tym momencie przyszła mi do głowy myśl; jeśli teraz umrę czy będzie i szkoda? I po raz pierwszy odkąd pamiętam, chciałam żyć. Mężczyzna pchnął jeszcze raz dzidę i nagle zabrał z niej swoje ręce. Wydobył się ze mnie krótki i głośny krzyk. W tle słyszałam też krzyki innych. Bardzo bolało mnie gardło, nie głowa. Nie od razu upadłam na ziemię, dzida musiała wychodzić z drugiej strony mojej głowy. Najpierw musiałam odsunąć się od ściany. Zamknęłam oczy i pozwoliłam, by grawitacja zrobił swoje. Upadłam na podłogę, głowę oparłam o ścianę, zamknęłam oczy i postanowiłam, że zrobię jedyną rzecz, która może mnie uratować. Będę udawała, że nie żyję. Tkwiłam więc w tej beznadziejnej sytuacji, ledwo oddychając i nadal walcząc o życie. Nie wiem jak długo to trwało, ale usłyszałam w końcu znajomy cichy i pewny głos:
-Chłopcy, ona jeszcze żyje. - Wiem, że to było o mnie. Usłyszałam gdzieś w oddali otwierające i zaraz zamykające się drzwi. Otworzyłam oczy. Przede mną kucał ten sam człowiek, który przed chwilą próbował mnie zabić. Choć jego usta się nie uśmiechały, oczy były pełne radości. Radości i szaleństwa.
-Podnieście ją - powiedział i zaraz podeszło mnie dwóch pomocników. Reszta byłą pilnowana przez jeszcze jednego osiłka w ciemnym stroju, pewnie przed chwilą dołączył. Postawiono mnie na nogach. Ból był niesamowity, a ja nie mogłam dać jego upustowi. Jeden z nich stanął za mną i trzymał mnie, żeby się nie przewróciła. Drugi patrząc mi prosto w oczy bez żadnych emocji jakby to było coś co robi codziennie, zakładał mi na szyję sznur. Najpierw włożył go na kawałek drewna wystającego z mojej buzi, potem na głowę. Gdy już sznur znalazł się na mojej szyi, osiłek podszedł do małej kupki jakichś szmat na środku pokoju i ją podpalił. Następnie podszedł do mnie. Facet, który do tej pory mnie podtrzymywał z tyłu odsunął się. Stałam więc sama z dzidą w ustach i sznurem na szyi. Moje towarzysze z cele stali w kącie pilnowani przez jednego z tych potworów. Ich szef patrzył jednak na mnie przez dłuższą chwilę. Gdy już skończył podziwiać, wyciągnął z kieszeni małą buteleczkę i oblał mnie płynem, który w niej się znajdował. Próbowałam się bronić, ale nie bardzo miałam na to siłę. Zdałam sobie sprawę, że to benzyna. I już wiedziałam jak zginę. A ja tak bardzo chcę żyć. Jeden z osiłków sięgnął po linę i pociągnął mocno w kierunku ognia, musiałam za nim iść. Spojrzałam w dół. Moje ubranie było zakrwawione, ja nawet nie czułam że krwawię, po prostu okrutnie bolało mnie gardło. Lina została przymocowana do haka na suficie znajdującego się nad źródłem ognia. Ja z kolei zostałam na krzesełku tuż obok samego ognia. Całą ta konstrukcja sprawiała, że gdy krzesła nie będzie już pod moimi stopami, zawisnę nad płomieniami. Ten z osiłków, które założył mi sznur na szyję naciągnął linę i przywiązał ja do gwoździa w podłodze przy ścianie. Podszedł mnie ten, który pierwszy mnie okaleczył i stanął naprzeciw mnie. Ręce trzymał skrzyżowane na piersi, patrzył mi prosto w oczy jakby szczycąc się wygraną.
-Nienawidzę tchórzy - powiedział i kopnął krzesło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz