Znowu uciekamy. Nie potrafię już z liczyć który to raz zmuszeni jesteśmy do opuszczenia naszej kryjówki. Pamiętam tylko pierwszy raz. Było to ponad rok temu. Mieszkaliśmy wtedy w starym magazynie, nieużywanym już od lat. W nocy usłyszeliśmy stukanie w drzwi i od razu wiedzieliśmy, że chcą nas dopaść. Obudziłam brata, zgarnęliśmy tylko swoje rzeczy, które dla wygody zawsze leżały nierozpakowane w plecakach, i byliśmy gotowi do biegu. Resztę tej nocy spędziliśmy na trzynastym piętrze jakiegoś wieżowca. Wszystkie nasze ucieczki, które były potem, zlewają się w jedno wielkie wspomnienie, jeden wielki koszmar.
Julian biegnie tuż za mną, słyszę jego kroki oraz urywany oddech. Od pięciu dni nocowaliśmy w hotelu, tak przynajmniej wygląda te pokoje. Spaliśmy w kuchni, tam znaleźliśmy jakieś jedzenie no i tam też znajdują się najwytrzymalsze drzwi. Po kolejnych dziesięciu minutach biegu nie miałam już sił by biec, zatrzymałam się tak gwałtownie, że mój brat wpadł na mnie i oboje upadliśmy na ziemię.
-Myślisz, że je zgubiliśmy? - spytał.
Jakby odpowiedź na jego pytanie, za rogiem pojawił się ten dźwięk. Dobrze go znamy, chowamy się przed nim od bardzo długiego czasu.
-Za mną - powiedziałam i pociągnęłam Juliana za rękach, by pomóc mu wstać. Wpadliśmy do najbliższego pokoju, nie zdążyłam zobaczyć jego numeru, na początku była chyba trójka. Zamknęłam drzwi i razem z Julianem przesunęliśmy szafę, tak by nikt nie mógł ich otworzyć. Dopiero wtedy mieliśmy chwilę, zęby złapać oddech. Rozejrzałam się wokół: brakowało łóżka i zasłon na połowie okna. Na podłodze leżała tylko lampa i oczywiście mnóstwo kurzu. Wyjrzałam przez okno, byliśmy prawdopodobnie na drugim piętrze. Możemy wyjść przez okno.
-Co co się stało w nogę? - z rozmyślań nad planem ucieczki wyrwał mnie mój brat. Faktycznie strzelano do nas, ale w tamtym momencie prawdopodobnie byłam pod wpływem adrenaliny i nawet nie poczułam skaleczenia. Teraz jednak, gdy o tym myślałam, poczułam bolesne szczypanie w lewej łydce z tyłu.
-To nic wielkiego, przeżyję - odpowiedziałam, jednocześnie wyjmując nóż i ucinając kawałek zasłony. Materiał zawiązałam na ranie, by zatamować krwawienie. Kula tylko mnie drasnęła, ale widocznie trafiła na jakieś ważne naczynia krwionośne.
-Chyba możemy chwilę odpocząć i coś zjeść. Potem ruszamy dalej. - Mój brat nie czekał jednak na pozwolenie. Kończył swoją część jedzenia i wyciągał butelkę wody z plecaka. Jego brązowe włosy były dłuższe niż zwykle i poplątane. Twarz miał w kurzu, widać były że od dawna nie przespał spokojnie nocy. Jego sińce pod oczami i chuda twarz sprawiały, że wyglądał jak trup. Chciałabym mu pomóc, pocieszyć go, ale jak skoro sama już dawno straciłam nadzieję na jakąkolwiek poprawę?
-Chcesz łyka? - spytał wyciągając swoją wychudłą rękę. Wzięłam butelkę, starając się moim uśmiechem dodać mu otuchy. Julian nigdy nie narzekał. Pomimo naszej beznadziejnej sytuacji, jego niebieskie oczy zawsze były radosne. Chyba tylko jeszcze dlatego znajduję w sobie siłę, żeby uciekać, szukać nowych kryjówek, żeby walczyć.
W pokoju hotelowym spędziliśmy jeszcze dwie godziny, przez ten czas ani razu nie usłyszeliśmy tego strasznego dźwięku. Oboje jednak wiedzieliśmy, że ten pokój nie jestem dobrym schronem. Drewniane drzwi i szafa nie powstrzymają ich przez dotarciem do nas. Zebraliśmy swoje rzeczy. Postanowiłam nie ryzykować i nie otwierać drzwi. Wyszliśmy przez okno. Poszło zadziwiająco łatwo. Najpierw zeszłam ja, potem Julian i już staliśmy na ziemi. Nie było innego wyjścia jak kierować się do miasta, tylko tam są jeszcze jakieś budynki, w których możemy się ukryć. Poza miastem są tylko otwarte przestrzenie, które są bardzo niebezpieczne.
-Jak myślisz, ile ludzi jeszcze jest w tym mieście? Może kogoś spotkamy. - Julian jakimś sposobem zawsze szukał pozytywnego scenariusza. Ja z kolei wręcz przeciwnie. Nie mogłam jednak powiedzieć tego na głos.
-Tak, Julian, może kogoś spotkamy.
-Poszukajmy może jakieś restauracji, schowamy się w kuchni. I mam nadzieję, ze znajdziemy tam coś dobrego. Gdybyś mogła wybrać jedno danie na całym świecie, co by to teraz było? Spaghetti czy pizza?- To taka nasza wersja gdy ,,Co wolisz". Zadajemy sobie pytania odnośnie wszystkiego. Polega to na tym, że mamy do wyboru dwie rzeczy i jedną musimy odrzucić.
-Dobrze wiesz, że uwielbiam spaghetti. Twoja kolej. Lody czy ciasto czekoladowe?
-Mmm, lody - powiedział Julian.
-Lody? Ostatnim razem mówiłeś, ze mógłbyś jeść ciasto czekoladowe do końca życia.
-No tak, ale od dzisiejszego biegania zrobiło mi się gorąco i mam ochotę na lody. - Z jego twarzy można było wyczytać, że zrobiłby wszystko byleby zamienić nasze żarcie z puszek na cokolwiek innego.
W pewnej chwili usłyszałam to. Ten dźwięk. Jakby charczenie psa połączone ze zgrzytem maszyny. Choć słyszałam to już z milion razem, za każdym razem po moim ciele przechodzi chłodny dreszcz. Zerknęłam na Juliana, był gotowy do biegu, czekał tylko aż wskażę kierunek.
-Do budynku na lewo - szepnęłam i już pędziliśmy w tamą stronę. Idealnie przed nami były jaszcze wraki dwóch samochodów, które musieliśmy minąć. Julian biegł przede mną, ja kilka kroków za nim. Nagle między nami, pojawił się ten sam dźwięk tylko dużo głośniejszy. Oboje się zatrzymaliśmy. Julian był już po drugiej stronie wraków tak, że nie widziałam go całego. Ziemia zaczęła pękać
-Biegnij do budynku! Biegnij!- krzyczałam. Na początku Julian był w szoku, odwrócił się i chciał biec, Jednak przed nim znajdowało się pęknięcie i mnóstwo małych otworów. Julian chciał zawrócić, widziałam teraz dokładnie jego twarz, tak młodą i choć dzieliły nas tylko trzy lata różnicy, ja czułam się dużo starsza, musiałam być odpowiedzialna za nas dwoje. W wielkich oczach malowało się przerażenie i jakby rezygnacja. Metr od jego stóp pojawił się kolejny okrągły otwór i natychmiastowo wyskoczył z niego robot i poszybował w stronę głowy Juliana. Uderzył w wewnętrzny kącik prawego oka tak mocno, że Julian na chwilę stracił równowagę i zachwiał się. Robot był wielkości piłeczki do tenisa. Julian krzyczał, nie wiem czy bardziej z przerażenia czy z bólu. Ja stałam jak wryta, czułam łzy na swoich policzkach, wiedziałam że straciłam najbliższą mi osobę. Robot zaczął znikać w przestrzeni obok oka mojego brata. W końcu nie było go widać. Zakładam, że był już w trakcie podłączania się do mózgu swojej zdobyczy. Zawsze głęboko niebieskie oczy Juliana zaczęły robić się szare, bruzdy na jakiego czole wygładziły się. Julian wyglądał jak cień dawnego siebie, teraz był już tylko skorupą sterowaną przez robota.
Nie miałam czasu na dłuższe oglądanie swojej porażki jako starszej siostry. Odwróciłam się i zaczęłam biec. Pod stopami widziałam mnóstwo dziur gotowych na wyjście robotów. Usłyszałam krzyk. To Julian krzyczał. Natychmiastowo się zatrzymałam, miałam złudną nadzieję, że mojemu bratu jakoś udało się uciec. Odwróciłam się twarzą w stronę, z której dochodził krzyk. To był błąd. Ostatnie co zobaczyłam to twarz mojego brata, nie pokazywała żadnych emocji. W ręku trzymał jednego z nich. Szybkim ruchem wepchnął mi go do oka. Nie potrafiłam odpowiedzieć sobie czy bardziej boli mnie proces przejmowania mojego ciała przez urządzenie czy widok mojego brata w stanie gorszym od śmierci.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz