środa, 24 maja 2017

Pomocy

Masz balon
-pusty-
napełniasz go
ogromem wdechów
różnych
Masz balon
-pełny-
pomóż mu
łapiesz
tniesz
pęka
goi się
Masz balon
-cały-
W błocie, w bagnie
-na powierzchni-
oddychaj
W błocie, w bagnie
-tonę-

czwartek, 27 kwietnia 2017

Drewno i ogień

Często zastanawiałam się czy jak teraz umrę to będę żałować. Myślałam nad tym czego jeszcze nie zrobiłam i co mogłabym zrobić, z kim potrzebuję porozmawiać. Jak sprawić by być w zgodzie z samą sobą. Zawsze jednak dochodziłam do przekonania, że jestem gotowa na śmierć, że wszystko co się do tej pory zdarzyło było sprawiedliwe. Nie byłoby mi żal umierać dokładnie w tym momencie. Tego ranka też miałam w głowie takie myśli. Nie wiedziałam wtedy jednak co mnie czeka później. 
Obudziłam się w ciemnym, zimnym i nieprzyjemnym miejscu. Bolała mnie głowa, prawdopodobnie od wcześniejszego uderzenia. Po kilku minutach moje oczy zaczęły przyzwyczajać się do ogólnie panującego mroku. Rozejrzałam się po pomieszczeniu: nie było duże, a jedynym źródłem światła była mała żarówka nad drzwiami naprzeciw mnie. Nie było tu ani okien ani żadnych mebli, podłoga jak i ściany wykonane były chyba z kamieni o niezbyt równej powierzchni. Usiadłam i oparłam się plecami o ścianę. Dopiero po dłuższej chwili, gdy opanowałam zawroty głowy, zauważyłam, że nie jestem tu sama. Obok mnie leżały jeszcze cztery osoby. Nie były przytomne, ale chyba żyły. Taką przynajmniej miałam nadzieję. Z tego co udało mi się ustalić razem ze mną uwięziono jeszcze 2 dziewczyny i dwóch chłopaków. Dziwne było to, że nie bałam się. Choć to zupełnie bez sensu, byłam raczej ciekawa. Ktoś po mojej prawej poruszył się, przewrócił na plecy i podniósł rękę do głowy.  Był to chłopak o ciemnych włosach. Domyśliłam się, że został uderzony tak jak ja.
-Hej - powiedziałam. Nie miałam w zamiarze go przestraszyć, jednak chłopak drgnął i o odsunął się pod ścianę. Nadal dzieliła nas niewielka odległość, ale rozumiem jego reakcję. - Przepraszam, ja ... nie chciałam. - Dopiero teraz chłopak podniósł na mnie swój wzrok. Jego oczy były wielkie i tak brązowe, że w tym ciemnym pomieszczeniu wydawały się całkiem czarne. Po szybkim spojrzeniu na mnie mój kolega z celi rozejrzał się po pomieszczeniu, dłużej patrzył na trzy jeszcze nieprzytomne osoby.
-Gdzie jesteśmy? - spytał, ciągle patrząc na pozostałych.
-Nie wiem. Dopiero się ocknęłam. - Chłopak jakby dziwiąc się, że otrzymał odpowiedź, szybko przerzucił swoją uwagę na mnie.
-Myślisz, że... - zdanie nie zostało dokończone, bo przerwał je nagły dźwięk otwieranego zamka w drzwiach.
Popatrzyłam na chłopaka. Sprawiał wrażenie sparaliżowanego strachem, ja za to czułam odrealnienie, tak jakby to wszystko było jedną wielką halucynacją. Drzwi powoli zaczęły się otwierać, wydając przy tym nieznośny dźwięk. Kątem oka widziałam, że trójka śpiących do tej ludzi, zaczyna się budzić. Drzwi całkowicie się otworzyły, a przed nami stanęła ciemna postać, po budowie ciała można było poznać, że to mężczyzna. Stał chwilę patrząc na nas z góry i jakby nas oceniając. Po chwili zrobił krok tak, że żarówka nad drzwiami oświetliła jego twarz. Było to człowiek zdecydowanie po czterdziestce, wyglądał na chorego albo po prostu bardzo zmęczonego. Miał prawie całe włosy siwe, podobnie z kilkudniowym zarostem. Na sobie miał stare jeansy i trampki oraz szarą, luźna koszulkę. Był raczej wątłej budowy, wzrostu nie mogłam ocenić ze swojej leżącej perspektywy. Nieznajomy sprawiał wrażenie spokojnego o opanowanego. Nie przyszedł nam jednak z pomocą. Nie był wcale zdziwiony a to znaczy, że doskonale wiedział a piątce nastolatków uwięzionych w jego piwnicy.
-Idziemy - powiedział cichym aczkolwiek silnym głosem. - Róbcie co mówię a nic wam się nie stanie. - Po tych słowach, mężczyzna wyszedł. Chciał, żebyśmy my podążyli za nim. Spojrzałam na resztę, chłopak który ocknął się pierwszy patrzył na mnie pytająco, pozostali dopiero dochodzili do siebie.
Po chwili stałam już na nogach, głowa rozbolała mnie z nową siłą. Zachwiałam się, lecz chłopak po mojej prawej też zdążył już wstać, i mnie złapać.
-Chyba najrozsądniej będzie za nim iść. Powiedział, że nic nam się nie stanie, jeśli będziemy go słuchać.
-I ty wierzysz? Co jeśli to jakiś psychol? W końcu porwał nas i zamknął tutaj - odezwała się dziewczyna, która leżała w kącie obok mnie. Była to drobna blondynka, a jednak sprawiała wrażenie silnej.
-Przecież nie możemy tu zostać. - Tym razem odezwał się drugi w naszym gronie chłopak. - Idźmy za nim. - dodał i jak gdyby nigdy nic wyszedł z pomieszczenia. Nie pozostało nam nic innego jak pójść w jego ślady.
Wyszliśmy na ciemny korytarz, drogę oświetlała nam jedna żarówka podobna do tej z naszej celi. Pierwszy chłopak był już w połowie schodów na górę, za nim szła dziewczyna mojego wzrostu z ciemnymi włosami, potem ja, brunet i na końcu blondynka. Wszyscy dostaliśmy się na górę. Dom nie wyróżniał się niczym szczególnym. Ściany miały jasny kolor, na podłodze leżały panele. Nie było tu jednak żadnych mebli.Po lewej były drzwi do jednego pokoju, po prawej dwa inne.Tam czekał już na nas mężczyzna, który przyszedł wcześniej do piwnicy. Porywacz stał przy jedynych otwartych drzwiach po prawej. Wzrokiem zaprosił nas do środka. W milczeniu zrobiliśmy to czego od nas oczekiwał. Był to niezwykle duży pokój z jednym oknem naprzeciwko drzwi. Ściany były dość zniszczone, farba praktycznie całą zdrapana. Na podłodze leżały stare, podrapane panele. Okna nie zakrywały firanki, były tam jednak kraty. Nie zdążyłam nawet pomyśleć o ucieczce, bo przestraszył mnie dźwięk zamykanych drzwi. Staliśmy grupą na środku pokoju, przy drzwiach stanął mężczyzna z piwnicy oraz dwóch innych. Byli dobrze zbudowani, oboje mieli krótkie włosy i ciemne ubranie. Domyślam się, ze to oni zajęli się porwaniami. Ten, który stał po prawej stronie mężczyzny, którego poznaliśmy jako pierwszego wręczył mu jakąś podłużną rzecz. Nie wiem dokładnie co to było, przypominało trochę dzidę tylko krótszą, może metrową. Ten widok tak mocno na mnie podziałał, że serce mi przyśpieszyło. Po prostu bałam się. Dopiero teraz obudził się we mnie strach.
-Pod ścianę - powiedział, wskazując dzidą miejsce zaraz obok drzwi. Rozejrzałam się po reszcie grupy. Wszyscy stali jak wryci, nikt nie chciał stać tak blisko tych trzech mężczyzn. -Chcecie żyć? - spytał spokojnym głosem.
Moje przerażenie było ogromne. Nagle dotarła do mnie prawdziwość porwania, kamiennej posadzki w piwnicy, braku możliwości ucieczki. Nagle zrozumiałam, że chcę żyć. Tylko jak wierzyć komuś, kto trzyma ostro zakończony przedmiot, który potencjalnie może zabić? Zerknęłam na bruneta, jego wzrok skupiony był na dwóch osiłkach, którzy blokowali drogę ucieczki. Możliwe, że obmyślał właśnie plan ucieczki. Postanowiła zrobić to co kazał porywacz. Dotarłam do miejsca wskazywanego nadal przez koniec dzidy. Pozostali ruszyli w przeciwną stronę, ustawiając się pod oknem. Nieznajomy kiwnął głową na swoich pomocników, a oni ustawili się na środku pomieszczania ,oddzielając pozostałych ode mnie. Mężczyzna ciągle trzymając dzidę wymierzoną w moją stronę, stanął przede mną.
-Dobrze - powiedział i uśmiechnął się. Nagle tak szybko, że ledwo zdążyłam zauważyć, zamachnął się dzidą w kierunku mojej głowy. Zauważyłam tylko jej ostry koniec, lecz jedyne co mogłam zrobić to krzyknąć. Byłam maksymalnie przerażona. Chciałam żyć, lecz nie było już dla mnie wyjścia z tej sytuacji. Cios był tak silny, że uderzyłam plecami o ścianę. Poczułam ogromny ból, ale nie w głowie tylko w gardle. Spojrzałam przed siebie i ujrzałam zadowolenie i satysfakcję na twarzy mojego oprawcy, które ciągle naciskał na dzidę tak, że nie mogłam się osunąć na ziemię. Widziałam też samą dzidę, a raczej jeden z jej końców. Drugi tkwił w mojej buzi, mogłam oprzeć na niej swoje zęby. W tym momencie przyszła mi do głowy myśl; jeśli teraz umrę czy będzie i szkoda? I po raz pierwszy odkąd pamiętam, chciałam żyć. Mężczyzna pchnął jeszcze raz dzidę i nagle zabrał z niej swoje ręce. Wydobył się ze mnie krótki i głośny krzyk. W tle słyszałam też krzyki innych. Bardzo bolało mnie gardło, nie głowa.  Nie od razu upadłam na ziemię, dzida musiała wychodzić z drugiej strony mojej głowy. Najpierw musiałam odsunąć się od ściany. Zamknęłam oczy i pozwoliłam, by grawitacja zrobił swoje. Upadłam na podłogę, głowę oparłam o ścianę, zamknęłam oczy i postanowiłam, że zrobię jedyną rzecz, która może mnie uratować. Będę udawała, że nie żyję. Tkwiłam więc w tej beznadziejnej sytuacji, ledwo oddychając i nadal walcząc o życie. Nie wiem jak długo to trwało, ale usłyszałam w końcu znajomy cichy i pewny głos:
-Chłopcy, ona jeszcze żyje. - Wiem, że to było o mnie. Usłyszałam gdzieś w oddali otwierające i zaraz zamykające się drzwi. Otworzyłam oczy. Przede mną kucał ten sam człowiek, który przed chwilą próbował mnie zabić. Choć jego usta się nie uśmiechały, oczy były pełne radości. Radości i szaleństwa.
-Podnieście ją - powiedział i zaraz podeszło mnie dwóch pomocników. Reszta byłą pilnowana przez jeszcze jednego osiłka w ciemnym stroju, pewnie przed chwilą dołączył. Postawiono mnie na nogach. Ból był niesamowity, a ja nie mogłam dać jego upustowi. Jeden z nich stanął za mną i trzymał mnie, żeby się nie przewróciła. Drugi patrząc mi prosto w oczy bez żadnych emocji jakby to było coś co robi codziennie, zakładał mi na szyję sznur. Najpierw włożył go na kawałek drewna wystającego z mojej buzi, potem na głowę. Gdy już  sznur znalazł się na mojej szyi, osiłek podszedł do małej kupki jakichś szmat na środku pokoju i ją podpalił. Następnie podszedł do mnie. Facet, który do tej pory mnie podtrzymywał z tyłu odsunął się. Stałam więc sama z dzidą w ustach i sznurem na szyi. Moje towarzysze z cele stali w kącie pilnowani przez jednego z tych potworów. Ich szef patrzył jednak na mnie przez dłuższą chwilę. Gdy już skończył podziwiać, wyciągnął z kieszeni małą buteleczkę i oblał mnie płynem, który w niej się znajdował. Próbowałam się bronić, ale nie bardzo miałam na to siłę. Zdałam sobie sprawę, że to benzyna. I już wiedziałam jak zginę. A ja tak bardzo chcę żyć. Jeden z osiłków sięgnął po linę i pociągnął mocno w kierunku ognia, musiałam za nim iść. Spojrzałam  w dół. Moje ubranie było zakrwawione, ja nawet nie czułam że krwawię, po prostu okrutnie bolało mnie gardło. Lina została przymocowana do haka na suficie znajdującego się nad źródłem ognia. Ja z kolei zostałam na krzesełku tuż obok samego ognia. Całą ta konstrukcja sprawiała, że gdy krzesła nie będzie już pod moimi stopami, zawisnę nad płomieniami. Ten z osiłków, które założył mi sznur na szyję naciągnął linę i przywiązał ja do gwoździa w podłodze przy ścianie. Podszedł mnie ten, który pierwszy mnie okaleczył i stanął naprzeciw mnie. Ręce trzymał skrzyżowane na piersi, patrzył mi prosto w oczy jakby szczycąc się wygraną.
-Nienawidzę tchórzy - powiedział i kopnął krzesło.

wtorek, 4 kwietnia 2017

Bez tytułu

Spotkałem los
 cios.
Padłem od ran
 plan.
Straciłem się
 śpię.
Nie ma już cię
 tkwię.

sobota, 11 lutego 2017

Uciekaj

Znowu uciekamy. Nie potrafię już z liczyć który to raz zmuszeni jesteśmy do opuszczenia naszej kryjówki. Pamiętam tylko pierwszy raz. Było to ponad rok temu. Mieszkaliśmy wtedy w starym magazynie, nieużywanym już od lat. W nocy usłyszeliśmy stukanie w drzwi i od razu wiedzieliśmy, że chcą nas dopaść. Obudziłam brata, zgarnęliśmy tylko swoje rzeczy, które dla wygody zawsze leżały nierozpakowane w plecakach, i byliśmy gotowi do biegu. Resztę tej nocy spędziliśmy na trzynastym piętrze jakiegoś wieżowca. Wszystkie nasze ucieczki, które były potem, zlewają się w jedno wielkie wspomnienie, jeden wielki koszmar. 
Julian biegnie tuż za mną, słyszę jego kroki oraz urywany oddech. Od pięciu dni nocowaliśmy w hotelu, tak przynajmniej wygląda te pokoje. Spaliśmy w kuchni, tam znaleźliśmy jakieś jedzenie no i tam też znajdują się najwytrzymalsze drzwi. Po kolejnych dziesięciu minutach biegu nie miałam już sił by biec, zatrzymałam się tak gwałtownie, że mój brat wpadł na mnie i oboje upadliśmy na ziemię.
-Myślisz, że je zgubiliśmy? - spytał.
Jakby odpowiedź na jego pytanie, za rogiem pojawił się ten dźwięk. Dobrze go znamy, chowamy się przed nim od bardzo długiego czasu. 
-Za mną - powiedziałam i pociągnęłam Juliana za rękach, by pomóc mu wstać. Wpadliśmy do najbliższego pokoju, nie zdążyłam zobaczyć jego numeru, na początku była chyba trójka. Zamknęłam drzwi i razem z Julianem przesunęliśmy szafę, tak by nikt nie mógł ich otworzyć. Dopiero wtedy mieliśmy chwilę, zęby złapać oddech. Rozejrzałam się wokół: brakowało łóżka i zasłon na połowie okna. Na podłodze leżała tylko lampa i oczywiście mnóstwo kurzu. Wyjrzałam przez okno, byliśmy prawdopodobnie na drugim piętrze. Możemy wyjść przez okno.
-Co co się stało w nogę? - z rozmyślań nad planem ucieczki wyrwał mnie mój brat. Faktycznie strzelano do nas, ale w tamtym momencie prawdopodobnie byłam pod wpływem adrenaliny i nawet nie poczułam skaleczenia. Teraz jednak, gdy o tym myślałam, poczułam bolesne szczypanie w lewej łydce z tyłu. 
-To nic wielkiego, przeżyję - odpowiedziałam, jednocześnie wyjmując nóż i ucinając kawałek zasłony. Materiał zawiązałam na ranie, by zatamować krwawienie. Kula tylko mnie drasnęła, ale widocznie trafiła na jakieś ważne naczynia krwionośne. 
-Chyba możemy chwilę odpocząć i coś zjeść. Potem ruszamy dalej. - Mój brat nie czekał jednak na pozwolenie. Kończył swoją część jedzenia i wyciągał butelkę wody z plecaka. Jego brązowe włosy były dłuższe niż zwykle i poplątane. Twarz miał w kurzu, widać były że od dawna nie przespał spokojnie nocy. Jego sińce pod oczami i chuda twarz sprawiały, że wyglądał jak trup. Chciałabym mu pomóc, pocieszyć go, ale jak skoro sama już dawno straciłam nadzieję na jakąkolwiek poprawę? 
-Chcesz łyka? - spytał wyciągając swoją wychudłą rękę. Wzięłam butelkę, starając się moim uśmiechem dodać mu otuchy. Julian nigdy nie narzekał. Pomimo naszej beznadziejnej sytuacji, jego niebieskie oczy zawsze były radosne. Chyba tylko jeszcze dlatego znajduję w sobie siłę, żeby uciekać, szukać nowych kryjówek, żeby walczyć. 
W pokoju hotelowym spędziliśmy jeszcze dwie godziny, przez ten czas ani razu nie usłyszeliśmy tego strasznego dźwięku. Oboje jednak wiedzieliśmy, że ten pokój nie jestem dobrym schronem. Drewniane drzwi i szafa nie powstrzymają ich przez dotarciem do nas. Zebraliśmy swoje rzeczy. Postanowiłam nie ryzykować i nie otwierać drzwi. Wyszliśmy przez okno. Poszło zadziwiająco łatwo. Najpierw zeszłam ja, potem Julian i już staliśmy na ziemi. Nie było innego wyjścia jak kierować się do miasta, tylko tam są jeszcze jakieś budynki, w których możemy się ukryć. Poza miastem są tylko otwarte przestrzenie, które są bardzo niebezpieczne. 
-Jak myślisz, ile ludzi jeszcze jest w tym mieście? Może kogoś spotkamy. - Julian jakimś sposobem zawsze szukał pozytywnego scenariusza. Ja z kolei wręcz przeciwnie. Nie mogłam jednak powiedzieć tego na głos.
-Tak, Julian, może kogoś spotkamy. 
-Poszukajmy może jakieś restauracji, schowamy się w kuchni. I mam nadzieję, ze znajdziemy tam coś dobrego. Gdybyś mogła wybrać jedno danie na całym świecie, co by to teraz było? Spaghetti czy pizza?- To taka nasza wersja gdy ,,Co wolisz". Zadajemy sobie pytania odnośnie wszystkiego. Polega to na tym, że mamy do wyboru dwie rzeczy i jedną musimy odrzucić. 
-Dobrze wiesz, że uwielbiam spaghetti. Twoja kolej. Lody czy ciasto czekoladowe?
-Mmm, lody - powiedział Julian.
-Lody? Ostatnim razem mówiłeś, ze mógłbyś jeść ciasto czekoladowe do końca życia.
-No tak, ale od dzisiejszego biegania zrobiło mi się gorąco i mam ochotę na lody. - Z jego twarzy można było wyczytać, że zrobiłby wszystko byleby zamienić nasze żarcie z puszek na cokolwiek innego.
W pewnej chwili usłyszałam to. Ten dźwięk. Jakby charczenie psa połączone ze zgrzytem maszyny. Choć słyszałam to już z milion razem, za każdym razem po moim ciele przechodzi chłodny dreszcz. Zerknęłam na Juliana, był gotowy do biegu, czekał tylko aż wskażę kierunek. 
-Do budynku na lewo - szepnęłam i już pędziliśmy w tamą stronę. Idealnie przed nami były jaszcze wraki dwóch samochodów, które musieliśmy minąć. Julian biegł przede mną, ja kilka kroków za nim. Nagle między nami, pojawił się ten sam dźwięk tylko dużo głośniejszy. Oboje się zatrzymaliśmy. Julian był już po drugiej stronie wraków tak, że nie widziałam go całego. Ziemia zaczęła pękać
-Biegnij do budynku! Biegnij!- krzyczałam. Na początku Julian był w szoku, odwrócił się i chciał biec, Jednak przed nim znajdowało się pęknięcie i mnóstwo małych otworów. Julian chciał zawrócić, widziałam teraz dokładnie jego twarz, tak młodą i choć dzieliły nas tylko trzy lata różnicy, ja czułam się dużo starsza, musiałam być odpowiedzialna za nas dwoje. W wielkich oczach malowało się przerażenie i jakby rezygnacja. Metr od jego stóp pojawił się kolejny okrągły otwór i natychmiastowo wyskoczył z niego robot i poszybował w stronę głowy Juliana. Uderzył w wewnętrzny kącik prawego oka tak mocno, że Julian na chwilę stracił równowagę i zachwiał się. Robot był wielkości piłeczki do tenisa. Julian krzyczał, nie wiem czy bardziej z przerażenia czy z bólu. Ja stałam jak wryta, czułam łzy na swoich policzkach, wiedziałam że straciłam najbliższą mi osobę. Robot zaczął znikać w przestrzeni obok oka mojego brata. W końcu nie było go widać. Zakładam, że był już w trakcie podłączania się do mózgu swojej zdobyczy. Zawsze głęboko niebieskie oczy Juliana zaczęły robić się szare, bruzdy na jakiego czole wygładziły się. Julian wyglądał jak cień dawnego siebie, teraz był już tylko skorupą sterowaną przez robota. 
Nie miałam czasu na dłuższe oglądanie swojej porażki jako starszej siostry. Odwróciłam się i zaczęłam biec. Pod stopami widziałam mnóstwo dziur gotowych na wyjście robotów. Usłyszałam krzyk. To Julian krzyczał. Natychmiastowo się zatrzymałam, miałam złudną nadzieję, że mojemu bratu jakoś udało się uciec. Odwróciłam się twarzą w stronę, z której dochodził krzyk. To był błąd. Ostatnie co zobaczyłam to twarz mojego brata, nie pokazywała żadnych emocji. W ręku trzymał jednego z nich. Szybkim ruchem wepchnął mi go do oka. Nie potrafiłam odpowiedzieć sobie czy bardziej boli mnie proces przejmowania mojego ciała przez urządzenie czy widok mojego brata w stanie gorszym od śmierci. 

niedziela, 20 listopada 2016

Wisielce

Wszyscy myślą, że ta historia jest o nich, że to ich sen. I wszyscy się mylą.
Zaczyna się ona od  prostej czynności, jaką jest sen. Ja też tak zrobiłem, położyłem się do łóżka jak co wieczór. Przyśniło mi się straszne miejsce. Najpierw otaczała mnie ciemność. Nic mi nie pomógł fakt, że zaczęło się rozjaśniać. Wydawało mi się, że jestem w nicości. Pode mną znajdował się jakiś duży ciemny kształt, jakby urwisko Chciałem rozejrzeć czy nade mną coś jest, niestety nie mogłem poruszyć głową. Sięgnąłem rękoma do szyi i wtedy to poczułem. Wisiałem. Wisiałem na linie jak wisielec. Jak mogłem tego nie poczuć?! Dlaczego nic nie czuję? W panice machałem rękami, rzucałem całym ciałem ale to nic nie dało. Wokół mnie nie było niczego, co mogłoby pomóc mi się uwolnić. Musiałem się uspokoić. Wdech, wydech. Rozejrzałem się jeszcze raz, ale nic się nie zmieniło. Wisiałem zawieszony Bóg wie jak, w swego rodzaju odrętwieniu. Czułem moje ciało, ale nie czułem bólu jaki powinien mi sprawiać sznur zaciśnięty wokół mojej szyi. Przez moją głowę przepływało mnóstwo myśli, uczepiłem się tej najrozsądniejszej. Ja po prostu śnię. Skoro zdałem już sobie z tego sprawę, mogę się obudzić. Zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie jak leżę w swoim wygodnym łóżku, obok stoi szafka nocna a na niej książka i telefon. Telefon! Rano muszę wstać do szkoły, budzik ustawiony w telefonie mnie obudzi. Ale czy to oznacza, że będę tak wisiał do rana? Jak daleko jest rano? Skoro w moim śnie jest jeszcze dość ciemno, to czy naprawdę jest ciemno?
I nagle coś poczułem, nie byłem już w tej pustce sam. Ktoś tam był. Jednak to nie poprawiło mojego samopoczucia. Wbrew przeciwnie, w środku czułem ogromny niepokój. 
-Aghgh!! 
Co to było? Otworzyłem szybko oczy i ujrzałem najgorszą możliwą rzecz na świecie. Cholera, to nie rzecz, to człowiek! Obok mnie znikąd nagle pojawił się ktoś, kto tak jak jak wisiał zawieszony w próżni. Tyle tylko, że tamten nie wyglądał...żywo? Jego ciało wisiało nie dalej niż dwa metry ode mnie, bezwładnie lekko się poruszając. To co mnie naprawdę przeraziło to jego twarz, a może raczej jej brak. Wyglądało tak jakby ktoś usunął mu twarz, dosłownie, zdjął całą skórę tak, że pozostał tylko krwawy jej zarys. Zatem oczy nie były zasłonięte powiekami i czułem jakby ten ktoś cały czas na mnie patrzył. Byłem więcej niż przestraszony. Nie rozumiem skąd taki sen. Po chwili po usłyszałem a może raczej wyczułem jakiś ruch. Bałem się odwrócić tam twarz, ale nie wiedziałem co innego mógłby zrobić. Sytuacja i tak już była beznadziejna. Powoli poruszyłem głową w drugą stronę i chyba krzyknąłem. Tuż przy mojej twarzy zobaczyłem twarz tamtego wisielca, a może kogoś innego też bez skóry na twarzy. Nie wisiał jednak tak jak ja i ten drugi. Stał sobie na urwisku, którego wcześniej nie mogłam zidentyfikować. Poruszył się. Na zgiętych kolanach odszedł ode mnie dwa kroki i nagle zamarł. W przykucniętej pozycji wpatrywał się we we mnie jakby mnie oceniał. Ze strachu nie mogłem nawet się poruszyć, więc przez dłuższą chwilę patrzyliśmy na siebie. On z niezwykle wytrzeszczonymi oczami, ja pewnie jakbym miał się rozpłakać. 
-Jesteś tu. - przemówił stwór. Jego głos brzmiał o dziwo czysto ale też bardzo mrocznie, jakby był zadowolony, że mnie widzi.
Obawiałem się, że nie dam rady nic powiedzieć przez sznur, ale musiałem spróbować.
-To sen. Ja śnię. - Mój kompan roześmiał się tylko pokazując białe zęby, które wraz z jego krwawą twarzą dawały naprawdę upiorny efekt. Skuliłem się, czułem się bezbronny. Co jeśli to coś mi też zedrze skórę z twarzy.
-Jesteś gotowy? - spytał. Nie rozumiałem pytania, nie mogłem też zmusić się żeby zapytać na co mam być gotowy. Może byt bardzo obawiałem się odpowiedzi. 
Poczułem, że zaczynam się machać, jak wahadło w zegarze. Poruszałem się to w stronę człowieka (a może to już nie człowiek) na klifie, to w stronę drugiego na sznurze. Strach mnie sparaliżował. Nie mogłem nad tym zapanować, dlatego to było takie okropne. To coś na urwisku zaczęło się śmiać i wyciągać do mnie swoje łapy, tak by mnie złapać gdy akurat jestem wychylony w jego kierunku. Był tak blisko, że gdyby przysunął się o centymetr, złapałby mnie. Coś dotknęło mnie z tyłu. Wiedziałem, że to ten drugi ale i tak odchyliłem głowę. Wisielec też wyciągał do mnie łapy, by mnie złapać. Nie śmiał się w głos, po prostu odsłaniał lekko zęby i patrzył na mnie z błaganiem w oczach. On też się bał. Wisiałem jak pomiędzy Scyllą i Charybdą, otoczony przez dwa potwory, które chcą mnie dopaść.Krzyczałem, płakałem i wyrywałem się. Nie byłem już taki pewien czy to sen, moje serce waliło tak mocno jakby zaraz miało wyskoczyć z mojej piersi i spaść na dno, o ile to miejsce ma jakieś dno.
Trwało to milion nieskończoności. Myślałem, że to się nigdy nie skończy, byłem w błędzie. Już nie wiszę pomiędzy dwoma ludźmi bez twarzy. Teraz jestem jednym z nich, zastąpiłem tego, który stał na urwisku. Śmieję się tak jak on, bo nie jestem już śmiertelnie przerażonym człowiekiem, który wisi i boi się, że zaraz zostanie złapany. Śmieję się, bo właśnie pojawił się ktoś nowy, kto będzie mógł zająć moje miejsce. Jak tylko go złapię, zedrę mu skórę z twarzy, by wiedział, że nie jest już człowiekiem. Potem on sam nauczy się to robić i będzie to robił każdego dnia, bo skóra odrasta. Czas zacząć nową historię, nowy sen.

Czekam

Sama w duszy
bryły
zamknąć
Schować jedno
dla nich nie
mogę otworzyć
Zapuszczam nici
istnieć może tylko
całość
Gdy środek
złamany musi
być
Szept cichy nie
wie o tym
Czekam...

sobota, 13 sierpnia 2016

Biblioteka

Bardzo żałuję mojej ostatniej decyzji. Nie byłam tego świadoma, ale popełniłam wtedy najgorszy błąd w swoim życiu.
Wszystko zaczęło się we wtorek, gdy nasza polonistka postanowiła zadać nam pracę domową. Mieliśmy wybrać 2 artykuły lub opowiadania o dowolnej tematyce, streścić je i ocenić. Od razu po zajęciach wszyscy poszliśmy do biblioteki, by znaleźć coś ciekawego, co nada się do pracy domowej. Przeszukałam każdą półkę i nie znalazłam nic dla siebie. Postanowiłam zapytać czy gdzieś w bibliotece są schowane książki, które mogłabym wykorzystać.
-Tak, mamy dość dużo książek na zapleczu. Są one jednak bardzo stare i zakurzone, niektóre ciężko odczytać - odpowiedziała bibliotekarka. - Oczywiście możesz je przejrzeć, jeśli bardzo chcesz.
Rzeczywiście gdy tylko otworzyłam drzwi, ujrzałam całą stertę zakurzonych książek oraz swobodnie walających się kartek. Poczułam, że gdzieś tam chowają się moje materiały do streszczenia. Wzięłam się do pracy. Zajęło mi to prawie półtorej godziny, ale wyszłam z trzema tak starymi książkami, że rozpadały się w rękach. Nie przeczytałam ich. Wybrałam je na podstawie przeczucia. Wiedziałam jednak, ze to jest strzał w dziesiątkę. Wzięłam się doczytania. Musiałam w końcu jedną odrzucić.
Pierwsza książka wyglądała jak czyjś pamiętnik. Kiedyś miała ciemną okładkę, która teraz już wypłowiała. Na środku pierwszej strony widniał napis ,,Dzieje pewnego wyjątku". Po przeczytaniu wiedziałam, że to jest to czego szukałam. Książka opowiadała o człowieku, który bardzo dziwnie wyglądał i przez to nie był akceptowany. Odkrył jednak, że nie potrzebuje akceptacji innych, skoro on sam siebie lubi,  Odłożyłam ten egzemplarz, a do ręki wzięłam kolejną pozycję. Nie nazwałabym tego książką, a raczej książeczką dla dzieci. Nie była ona oprawiona, nie miała strony tytułowej ani autora. Wyglądało to trochę tak, jakby ktoś złapał kilka środkowych stron i po prostu je wyrwał. Z wielką ciekawością zabrałam się do czytania. Gdy skończyłam było już późno. Spojrzałam na zegarek i choć książeczka nie liczyła więcej niż 10 stron, czytałam ją 4 godziny! Nie mam pojęcia jak to się stało. Teraz musiałam jeszcze zdecydować czy chcę opracowywać właśnie tę książeczkę. Ja..nie wiem... Nie pamiętam o czym przed chwilą czytałam. Co ja robiłam przez tyle czasu, skoro nic nie pamiętam? Może zasnęłam a książeczka nie jest warta mojej uwagi. Odrzuciłam to na sąsiedni stolik. Przetarłam oczy i sięgnęłam po ostatnią książkę, którą wybrałam. Bez oglądania, otworzyłam ją na pierwszej  stronie, nachyliłam się i zaczęłam czytać.
Nie zdążyłam nawet skończyć pierwszego zdania, gdy na stoliku przede mną kapnęła kropla czerwonej farby. Za chwilę następna i następna, aż powstała mała kałuża. Powoli podniosłam wzrok w górę. Zobaczyłam włosy, ktoś się nade mną nachylał.Odchyliłam głowę i zobaczyłam go. Wydawało mi się, jakby nagle wszystkie wspomnienia zalały mi głowę. Już wiem co czytałam przez ostatnie 4 godziny. Znam całą historię. I co najgorsze, rozpoznałam kto nade mną stoi i dlaczego z jego włosów kapie krew,
Tak oto poznałam słynnego mordercę.
-Przeczytałaś mnie - powiedział mężczyzna, a z jego ust popłynęła strużka krwi. Uśmiechnął się też do mnie, pokazując czarne ale ostre zęby. Na ten widok zrobiło mi się niedobrze.
Byłam w tak wielkim szoku, że nie mogłam wydusić z siebie ani słowa. Tkwiliśmy tak więc ja siedząc z otwartą buzią i przerażeniem wypisanym na twarzy, on stojąc obok i patrząc na mnie z uśmiechem jak na wybawicielkę. W końcu mężczyzna usiadł na przeciw mnie, sięgnął po swoją biografię i położył między nami.
-Coś ci powiem - zaczął - to, co właśnie przeczytałaś to nie jest cała prawda. Po tym jak obdarto mnie ze skóry, ja nadal żyłem, wiesz?  - Nie wiem czy on oczekiwał mojego współczucia, Jeśli tak, to go nie dostanie. Wiem doskonale, że zasłużył na swój los. - Podeszła do mnie jakaś baba, potem się okazało czarownica, ale skąd mogłem wiedzieć. Zabrała moją duszę i włożyła włożyła do tej książki - mówiąc to zerknął na to, co wcześniej położył między nami. Ale to nie jest zwykła książka. Jest zrobiona z mojej skóry.
Cudem powstrzymałam wymioty. Trzymałam tę książkę w rękach. Tarłam teraz nimi o spodnie, ale wiedziałam, że takiego brudu nijak się nie pozbędę. Rozejrzałam się po czytelni. Ludzie siedzieli przy stolikach zaczytani lub szepczący między sobą. Nikt nawet nie zauważył, że przede mną siedzi morderca obdarty żywcem ze skóry kilka wieków wstecz,
-Oni mnie nie widzą. Tylko ty. Ty mnie przeczytałaś.
Kto by pomyślał, że sięgnięcie po niewłaściwą książkę może zaważyć na całym życiu. Teraz, po prawie 20 latach, zastanawiam się jak wyglądałoby moje życie, gdybym tamtego dnia podjęła inną decyzję. Wiem też, że nic nie mogę zmienić. Siedzę sobie więc w szpitalu a Skóra, bo tak go zaczęłam nazywać, szepcze mi do ucha, żebym pokazała go innym, żeby inni też go przeczytali. Przecież im więcej nas będzie, tym szybciej oczyścimy świat.

Kiedyś oddam go komuś, ale narazie sama mogę wykonywać jego rozkazy.