niedziela, 20 listopada 2016

Wisielce

Wszyscy myślą, że ta historia jest o nich, że to ich sen. I wszyscy się mylą.
Zaczyna się ona od  prostej czynności, jaką jest sen. Ja też tak zrobiłem, położyłem się do łóżka jak co wieczór. Przyśniło mi się straszne miejsce. Najpierw otaczała mnie ciemność. Nic mi nie pomógł fakt, że zaczęło się rozjaśniać. Wydawało mi się, że jestem w nicości. Pode mną znajdował się jakiś duży ciemny kształt, jakby urwisko Chciałem rozejrzeć czy nade mną coś jest, niestety nie mogłem poruszyć głową. Sięgnąłem rękoma do szyi i wtedy to poczułem. Wisiałem. Wisiałem na linie jak wisielec. Jak mogłem tego nie poczuć?! Dlaczego nic nie czuję? W panice machałem rękami, rzucałem całym ciałem ale to nic nie dało. Wokół mnie nie było niczego, co mogłoby pomóc mi się uwolnić. Musiałem się uspokoić. Wdech, wydech. Rozejrzałem się jeszcze raz, ale nic się nie zmieniło. Wisiałem zawieszony Bóg wie jak, w swego rodzaju odrętwieniu. Czułem moje ciało, ale nie czułem bólu jaki powinien mi sprawiać sznur zaciśnięty wokół mojej szyi. Przez moją głowę przepływało mnóstwo myśli, uczepiłem się tej najrozsądniejszej. Ja po prostu śnię. Skoro zdałem już sobie z tego sprawę, mogę się obudzić. Zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie jak leżę w swoim wygodnym łóżku, obok stoi szafka nocna a na niej książka i telefon. Telefon! Rano muszę wstać do szkoły, budzik ustawiony w telefonie mnie obudzi. Ale czy to oznacza, że będę tak wisiał do rana? Jak daleko jest rano? Skoro w moim śnie jest jeszcze dość ciemno, to czy naprawdę jest ciemno?
I nagle coś poczułem, nie byłem już w tej pustce sam. Ktoś tam był. Jednak to nie poprawiło mojego samopoczucia. Wbrew przeciwnie, w środku czułem ogromny niepokój. 
-Aghgh!! 
Co to było? Otworzyłem szybko oczy i ujrzałem najgorszą możliwą rzecz na świecie. Cholera, to nie rzecz, to człowiek! Obok mnie znikąd nagle pojawił się ktoś, kto tak jak jak wisiał zawieszony w próżni. Tyle tylko, że tamten nie wyglądał...żywo? Jego ciało wisiało nie dalej niż dwa metry ode mnie, bezwładnie lekko się poruszając. To co mnie naprawdę przeraziło to jego twarz, a może raczej jej brak. Wyglądało tak jakby ktoś usunął mu twarz, dosłownie, zdjął całą skórę tak, że pozostał tylko krwawy jej zarys. Zatem oczy nie były zasłonięte powiekami i czułem jakby ten ktoś cały czas na mnie patrzył. Byłem więcej niż przestraszony. Nie rozumiem skąd taki sen. Po chwili po usłyszałem a może raczej wyczułem jakiś ruch. Bałem się odwrócić tam twarz, ale nie wiedziałem co innego mógłby zrobić. Sytuacja i tak już była beznadziejna. Powoli poruszyłem głową w drugą stronę i chyba krzyknąłem. Tuż przy mojej twarzy zobaczyłem twarz tamtego wisielca, a może kogoś innego też bez skóry na twarzy. Nie wisiał jednak tak jak ja i ten drugi. Stał sobie na urwisku, którego wcześniej nie mogłam zidentyfikować. Poruszył się. Na zgiętych kolanach odszedł ode mnie dwa kroki i nagle zamarł. W przykucniętej pozycji wpatrywał się we we mnie jakby mnie oceniał. Ze strachu nie mogłem nawet się poruszyć, więc przez dłuższą chwilę patrzyliśmy na siebie. On z niezwykle wytrzeszczonymi oczami, ja pewnie jakbym miał się rozpłakać. 
-Jesteś tu. - przemówił stwór. Jego głos brzmiał o dziwo czysto ale też bardzo mrocznie, jakby był zadowolony, że mnie widzi.
Obawiałem się, że nie dam rady nic powiedzieć przez sznur, ale musiałem spróbować.
-To sen. Ja śnię. - Mój kompan roześmiał się tylko pokazując białe zęby, które wraz z jego krwawą twarzą dawały naprawdę upiorny efekt. Skuliłem się, czułem się bezbronny. Co jeśli to coś mi też zedrze skórę z twarzy.
-Jesteś gotowy? - spytał. Nie rozumiałem pytania, nie mogłem też zmusić się żeby zapytać na co mam być gotowy. Może byt bardzo obawiałem się odpowiedzi. 
Poczułem, że zaczynam się machać, jak wahadło w zegarze. Poruszałem się to w stronę człowieka (a może to już nie człowiek) na klifie, to w stronę drugiego na sznurze. Strach mnie sparaliżował. Nie mogłem nad tym zapanować, dlatego to było takie okropne. To coś na urwisku zaczęło się śmiać i wyciągać do mnie swoje łapy, tak by mnie złapać gdy akurat jestem wychylony w jego kierunku. Był tak blisko, że gdyby przysunął się o centymetr, złapałby mnie. Coś dotknęło mnie z tyłu. Wiedziałem, że to ten drugi ale i tak odchyliłem głowę. Wisielec też wyciągał do mnie łapy, by mnie złapać. Nie śmiał się w głos, po prostu odsłaniał lekko zęby i patrzył na mnie z błaganiem w oczach. On też się bał. Wisiałem jak pomiędzy Scyllą i Charybdą, otoczony przez dwa potwory, które chcą mnie dopaść.Krzyczałem, płakałem i wyrywałem się. Nie byłem już taki pewien czy to sen, moje serce waliło tak mocno jakby zaraz miało wyskoczyć z mojej piersi i spaść na dno, o ile to miejsce ma jakieś dno.
Trwało to milion nieskończoności. Myślałem, że to się nigdy nie skończy, byłem w błędzie. Już nie wiszę pomiędzy dwoma ludźmi bez twarzy. Teraz jestem jednym z nich, zastąpiłem tego, który stał na urwisku. Śmieję się tak jak on, bo nie jestem już śmiertelnie przerażonym człowiekiem, który wisi i boi się, że zaraz zostanie złapany. Śmieję się, bo właśnie pojawił się ktoś nowy, kto będzie mógł zająć moje miejsce. Jak tylko go złapię, zedrę mu skórę z twarzy, by wiedział, że nie jest już człowiekiem. Potem on sam nauczy się to robić i będzie to robił każdego dnia, bo skóra odrasta. Czas zacząć nową historię, nowy sen.

Czekam

Sama w duszy
bryły
zamknąć
Schować jedno
dla nich nie
mogę otworzyć
Zapuszczam nici
istnieć może tylko
całość
Gdy środek
złamany musi
być
Szept cichy nie
wie o tym
Czekam...

sobota, 13 sierpnia 2016

Biblioteka

Bardzo żałuję mojej ostatniej decyzji. Nie byłam tego świadoma, ale popełniłam wtedy najgorszy błąd w swoim życiu.
Wszystko zaczęło się we wtorek, gdy nasza polonistka postanowiła zadać nam pracę domową. Mieliśmy wybrać 2 artykuły lub opowiadania o dowolnej tematyce, streścić je i ocenić. Od razu po zajęciach wszyscy poszliśmy do biblioteki, by znaleźć coś ciekawego, co nada się do pracy domowej. Przeszukałam każdą półkę i nie znalazłam nic dla siebie. Postanowiłam zapytać czy gdzieś w bibliotece są schowane książki, które mogłabym wykorzystać.
-Tak, mamy dość dużo książek na zapleczu. Są one jednak bardzo stare i zakurzone, niektóre ciężko odczytać - odpowiedziała bibliotekarka. - Oczywiście możesz je przejrzeć, jeśli bardzo chcesz.
Rzeczywiście gdy tylko otworzyłam drzwi, ujrzałam całą stertę zakurzonych książek oraz swobodnie walających się kartek. Poczułam, że gdzieś tam chowają się moje materiały do streszczenia. Wzięłam się do pracy. Zajęło mi to prawie półtorej godziny, ale wyszłam z trzema tak starymi książkami, że rozpadały się w rękach. Nie przeczytałam ich. Wybrałam je na podstawie przeczucia. Wiedziałam jednak, ze to jest strzał w dziesiątkę. Wzięłam się doczytania. Musiałam w końcu jedną odrzucić.
Pierwsza książka wyglądała jak czyjś pamiętnik. Kiedyś miała ciemną okładkę, która teraz już wypłowiała. Na środku pierwszej strony widniał napis ,,Dzieje pewnego wyjątku". Po przeczytaniu wiedziałam, że to jest to czego szukałam. Książka opowiadała o człowieku, który bardzo dziwnie wyglądał i przez to nie był akceptowany. Odkrył jednak, że nie potrzebuje akceptacji innych, skoro on sam siebie lubi,  Odłożyłam ten egzemplarz, a do ręki wzięłam kolejną pozycję. Nie nazwałabym tego książką, a raczej książeczką dla dzieci. Nie była ona oprawiona, nie miała strony tytułowej ani autora. Wyglądało to trochę tak, jakby ktoś złapał kilka środkowych stron i po prostu je wyrwał. Z wielką ciekawością zabrałam się do czytania. Gdy skończyłam było już późno. Spojrzałam na zegarek i choć książeczka nie liczyła więcej niż 10 stron, czytałam ją 4 godziny! Nie mam pojęcia jak to się stało. Teraz musiałam jeszcze zdecydować czy chcę opracowywać właśnie tę książeczkę. Ja..nie wiem... Nie pamiętam o czym przed chwilą czytałam. Co ja robiłam przez tyle czasu, skoro nic nie pamiętam? Może zasnęłam a książeczka nie jest warta mojej uwagi. Odrzuciłam to na sąsiedni stolik. Przetarłam oczy i sięgnęłam po ostatnią książkę, którą wybrałam. Bez oglądania, otworzyłam ją na pierwszej  stronie, nachyliłam się i zaczęłam czytać.
Nie zdążyłam nawet skończyć pierwszego zdania, gdy na stoliku przede mną kapnęła kropla czerwonej farby. Za chwilę następna i następna, aż powstała mała kałuża. Powoli podniosłam wzrok w górę. Zobaczyłam włosy, ktoś się nade mną nachylał.Odchyliłam głowę i zobaczyłam go. Wydawało mi się, jakby nagle wszystkie wspomnienia zalały mi głowę. Już wiem co czytałam przez ostatnie 4 godziny. Znam całą historię. I co najgorsze, rozpoznałam kto nade mną stoi i dlaczego z jego włosów kapie krew,
Tak oto poznałam słynnego mordercę.
-Przeczytałaś mnie - powiedział mężczyzna, a z jego ust popłynęła strużka krwi. Uśmiechnął się też do mnie, pokazując czarne ale ostre zęby. Na ten widok zrobiło mi się niedobrze.
Byłam w tak wielkim szoku, że nie mogłam wydusić z siebie ani słowa. Tkwiliśmy tak więc ja siedząc z otwartą buzią i przerażeniem wypisanym na twarzy, on stojąc obok i patrząc na mnie z uśmiechem jak na wybawicielkę. W końcu mężczyzna usiadł na przeciw mnie, sięgnął po swoją biografię i położył między nami.
-Coś ci powiem - zaczął - to, co właśnie przeczytałaś to nie jest cała prawda. Po tym jak obdarto mnie ze skóry, ja nadal żyłem, wiesz?  - Nie wiem czy on oczekiwał mojego współczucia, Jeśli tak, to go nie dostanie. Wiem doskonale, że zasłużył na swój los. - Podeszła do mnie jakaś baba, potem się okazało czarownica, ale skąd mogłem wiedzieć. Zabrała moją duszę i włożyła włożyła do tej książki - mówiąc to zerknął na to, co wcześniej położył między nami. Ale to nie jest zwykła książka. Jest zrobiona z mojej skóry.
Cudem powstrzymałam wymioty. Trzymałam tę książkę w rękach. Tarłam teraz nimi o spodnie, ale wiedziałam, że takiego brudu nijak się nie pozbędę. Rozejrzałam się po czytelni. Ludzie siedzieli przy stolikach zaczytani lub szepczący między sobą. Nikt nawet nie zauważył, że przede mną siedzi morderca obdarty żywcem ze skóry kilka wieków wstecz,
-Oni mnie nie widzą. Tylko ty. Ty mnie przeczytałaś.
Kto by pomyślał, że sięgnięcie po niewłaściwą książkę może zaważyć na całym życiu. Teraz, po prawie 20 latach, zastanawiam się jak wyglądałoby moje życie, gdybym tamtego dnia podjęła inną decyzję. Wiem też, że nic nie mogę zmienić. Siedzę sobie więc w szpitalu a Skóra, bo tak go zaczęłam nazywać, szepcze mi do ucha, żebym pokazała go innym, żeby inni też go przeczytali. Przecież im więcej nas będzie, tym szybciej oczyścimy świat.

Kiedyś oddam go komuś, ale narazie sama mogę wykonywać jego rozkazy.

piątek, 3 czerwca 2016

Cmentarz

W tym roku na wakacje wybieramy się w jakieś gorące klimaty. Nigdy nie lubiłam tych rodzinnych wypadów i nie sądzę, by miało się to kiedykolwiek zmienić.
-Gdzie Kasian? - spytał tata.
-A co ja jestem jego opiekunką? - Kasian to mój starszy brat. Często gdzieś znika, ale zawsze pojawia się wtedy, gdy jest potrzebny. Dlatego wszyscy go tak bardzo lubią.
-Mogłabyś czasem być milsza. To nie boli, wiesz? - Próbował mi dogryźć tata. 
-Mogłabym, ale nie chcę. Co roku ciągniecie nas na wakacje. Tylko, ze ja wcale nie mam na nie ochoty. - Rodzice starają się każdą przerwę szkolną zorganizować inaczej: a to jedziemy w góry lub nad morze, zwiedzamy azjatyckie kraje albo chodzimy po dżungli. Dla niektórych może to być ciekawe. Ja natomiast najchętniej cały czas leżałabym w swoim łóżku przed telewizorem, skąd nie musiałbym mieć do czynienia ze światem. Ludzie są głupi i ja nie widzę w sensu rozmawiania z kimkolwiek.
-Spędzanie czasu w rodzinnym gronie jest bardzo ważne. Dbamy, żebyś ty i twój brat mieli wszystko, czego potrzebujecie, A wsparcie rodziców do tego należy, prawda kochanie? 
Nie mam ochoty dłużej rozmawiać z rodzicami, skoro oni mnie nie rozumieją. Życie to iluzja. Nic nie jest nam potrzebne, na końcu i tak zostajemy z niczym. Nawet ludzie, którzy otaczali nas całe życie znikają, więc czy kiedykolwiek ich potrzebowaliśmy? 
Rzuciłam plecak do łodzi i poszłam schować się gdzieś daleko. Niedługo wszystko czworo zostaniemy zmuszeni przebywać na małym terenie, gdzie nie ma jak uciec. 
Po raz ostatni przeszłam się po molo. W sumie o niczym nie rozmyślałam. Wszystko rozumiem. W drodze powrotnej spotkałam brata:
-Już? - spytałam.
-Tak, za chwilę wypływamy. Właśnie po ciebie szedłem. Myślałem już, że uciekłaś. - Kasian uśmiechnął się do mnie i puścił oko. 
-Nawet mi to do głowy nie przyszło.
-To dobrze. Co ja bym zrobił bez mojej mały siostrzyczki? - Brata zgarnął mnie pod pachę i potargał włosy. On dobrze wie, że tego nie lubię, ale też nie protestuję. 
Poszliśmy razem do rodziców. Spakowali już wszystkie rzeczy i byli gotowi do drogi. Widocznie czekali tylko na mnie.
-Wsiadajcie. - powiedział tata. Mój brat szybko wskoczył do nich i wszyscy troje patrzyli na mnie wyczekująco.
-Ja nie płynę. - oznajmiłam.
-Jak to nie płyniesz? Planowaliśmy to od dawna, a ty dopiero w ostatniej chwili mówisz nie.
-Mówiłam wam to od zawsze, ale wy mnie nigdy nie słuchacie - podniosłam głos tak, że praktycznie krzyczałam. - Nigdy nie chciałam wyjeżdżać z wami na te głupie wakacje. Nie potrzebuję nikogo! Chcę być sama. I teraz wracam do domu, a wy zostawcie mnie w spokoju i płyńcie jak najdalej ode mnie! 
Rzuciłam na ziemię swoją kurtkę, odwróciłam się i odeszłam zostawiając najdroższe mi osoby za plecami.Szłam po drewnianym po moście, 
gdy nagle poczułam pod stopami żwir. Jak jak się tu znalazłam? Podniosłam głowę i rozejrzałam się wokół. Stałam u wejścia na cmentarz. Był stary i sprawiał wrażenie opuszczonego. Wydawało mi się, że już tu kiedyś byłam. Moje wspomnienia zaczęły się mieszkać, zmieniać, odsłaniać. Bolała mnie od tego głowa. Próbowałam to powstrzymać, ale nie mogłam. W mojej głowie cały czas się coś działo. Ból rozszedł się po całym ciele. Nie wiem co się dzieje. Upadłam na kolana i złapałam głowę rękoma. Przed oczami migało mi mnóstwo obrazów, nie były jednak normalne. Ludzie byli powykręcani, a niebo straciło swój kolor. I nagle, jakby w jednej sekundzie, wszystko ucichło. Ból fizyczny ustał. Pamiętam wszystko.
Muszę iść na cmentarz! Tam jest moja rodzina! Szybko wstałam i zaczęłam biec w kierunku bramy, kiedy poczułam, że ktoś ciągnie mnie do tyłu. Zaczęłam się wyrywać, krzyczeć i prosić jednocześnie, żeby ten ktoś mnie puścił. 
-Muszę iść do mojej rodziny. Oni tam są! 
-Nie. Uspokój się! Ich już nie ma. - Ledwo co tajemnicza osoba skończyła zdanie, usłyszałam jakby miliony głosów pomieszanych z dziwnym charkotem. Człowiek, który nadal mnie trzymał pociągnął mnie w stronę krzaków, które znajdowały się po przeciwnej stronie drogi. Dobrze widzieliśmy bramę i mury cmentarza, jednak my byliśmy niewidoczni.
-Patrz. - powiedział nieznajomy. Teraz widzę, że to mężczyzna około 35- letni.
Z cmentarza zaczęli wychodzi ludzie, choć nie wyglądali normalnie. Byli zniekształceni zupełnie jak w moich dziwnych wspomnieniach. Wdrapywali się po murach, przechodzili nad bramą, wyglądali jak robaki, których celem jest rozejście się po świecie. Ich ciała były zniszczone, poobijane, krwawiące. Na twarzach nie było jednak dzikości jakiej można by było się spodziewać. Były spokojnie i w pewien sposób malowała się na nich  determinacja pomieszana z prośbą.
-Kim oni są? - spytałam mężczyznę.
-Nie wiemy do końca. Ustaliliśmy jedynie, że nie pochodzą z Ziemii. Jakimś cudem znaleźli się tu, szukają martwych ciał, kopiują ich wygląd zewnętrzny, a nawet cechy charakteru i wspomnienia. Potem odszukują ich rodziny i zmieniają im wspomnienia. Prowadzą za nich całkowicie normalne życie. To wszystko co wiemy, nie odkryliśmy jednak ich celu, Nie było ani jednego przypadku, żeby te stwory kogoś skrzywdziły. 
-Więc one żyją z ludźmi tak ... po prostu?! Nic im nie robią? Tylko udają kogoś kim nie są.
Moja rodzina.
Byłam taka głupia.

wtorek, 2 lutego 2016

Macki

Siedziałam w ,,pokoju bez klamek". Tak naprawdę była tam klamka, tak się tylko potocznie mówi na pomieszczenie w psychiatryku. Do pokoju weszła nieśmiało młoda kobieta z blond włosami zebranymi w niechlujnego kucyka. W rękach trzymała teczkę. Tuż za nią szedł mężczyzna w stroju ochroniarza, miał przy sobie pałkę i chyba krótkofalówkę u pasa. Gdy tylko wszedł, zamknął drzwi i stał przy nich. Kobieta natomiast zwróciła się do mnie.
-Gaja, dostałaś środki, które mają na celu cię uspokoić. Chcę z tobą tylko porozmawiać. Czy rozumiesz co mówię? - Kiwnęłam nieznacznie głową, wtedy kobieta podeszła i usiadła na krześle ustawionym naprzeciw mojego. -Nazywam się Jolanta. Jestem psychiatrą w tej klinice. Przysłano mnie, żeby potwierdziła twoje zeznania. Nie masz nic przeciwko?
-Przecież już wszystko powiedziałam policji.
-Tak, wiem. Mam to spisane tutaj - uniosła do góry teczkę. -Musisz mi jednak opowiedzieć wszystko jeszcze raz. ponieważ twoja historia ma kilka luk, które chciałabym uzupełnić. - Milczałam. -Dobrze, w taki razie zacznijmy. Zechciałabyś mi opisać co dokładnie zdarzyło się tamtej nocy?
Nie. Nie miałam najmniejszej ochoty wracać myślami do tamtej chwili. To jakiś koszmar. To nie mogło się zdarzyć naprawdę. Muszę śnić. Tak, to na pewno sen i za chwilę obudzę się w swoim pokoju i ...
-Gaja. Dobrze się czujesz? Rozumiem, że to dla ciebie trudne, ale wcześniej czy później będziesz musiała to zrobić.
-Tak, wiem.
-Kontynuujmy zatem. Opowiedz mi cały dzień aż do momentu przyjazdu policji.
Lekko się ociągałam, zebrałam się jednak w końcu i zaczęłam:
-Dzień zaczął się normalnie: wstałam i zeszłam na śniadanie. Rodzice byli już w pracy, moja siostra prawdopodobnie też. Ja zostałam w domu tylko z braćmi: jednym starszym a drugim młodszym. Cały dzień obijaliśmy się, graliśmy w gry i oglądaliśmy bajki. Po południu wrócili rodzice, zjedliśmy obiad, chwilę porozmawialiśmy i rozeszliśmy się do swoich pokoi. - Kobieta cały czas na mnie patrzyła i jakby porównywała w głowie to co jej przed chwilą powiedziałam z tym co miała zapisane w teczce. Po dłuższej chwili chyba wyciągnęła wnioski, bo odchyliła się na chwilę na krześle, włożyła pasmo włosów za ucho i położyła teczkę na podłodze obok swojego krzesła.
-Rozumiem. Czy to wszystko? Tylko tyle pamiętasz? - spytała.
-Nie. - Odczekałam chwilę, odetchnęłam i ponownie zaczęłam opowiadać. - Gdy było już bardzo późno, położyłam się do łóżka. Wszyscy już spali. Ja zawsze się ociągam i kładę spać ostatnia.
-Dlaczego? Masz problemy ze snem? - wtrąciła się psychiatra. Jednocześnie sięgnęła po teczkę, wyjęła z niej jakieś karki i długopis, i była już gotowa do notowania moich odpowiedzi.
-Nie. To znaczy tak.
-Dobrze, powiedz mi kiedy ostatnio przespałaś całą noc? - spytała pani Jolanta.
Po krótkim namyśle powiedziałam niepewnie:
-Nie pamiętam. - Moja odpowiedź oczywiście szybko została zapisana na kartce.
-Co może być przyczyną?
-To przychodzi co noc. Od zawsze. Każdej nocy. Odkąd pamiętam co noc do mnie przychodzi. - Szybko z siebie wyrzuciłam.
-Co takiego, Gaja? Co do ciebie przychodzi?
-Macki. On przychodzi i wysuwa swoje macki. A one oplatają mnie, wpełzają do uszu i mówią mi różne rzeczy. Wiem jak to brzmi, ale musi mi pani uwierzyć. To prawda! - Ostatnie zdanie nieomal wykrzyknęłam. Psychiatra mimowolnie odchyliła się na krześle a strażnik już ruszył w moją stronę.
-W porządku. - powiedziała doktor. - W porządku. Nic się nie stało. Strażnik jeszcze przez chwilę stał bez ruchu jednak po wymienieniu spojrzenia z kobietą wrócił na swoje miejsce. Bez zbędnego tracenia czasu przeszłyśmy dalej.
-Co on ci mówi?
-To boli. Wie pani, to jakby ktoś chciał cię rozedrzeć na małe kawałeczki a potem cię poskładać tylko po to, by następnej nocy zrobić dokładnie to samo. Oplata całe ciało tak, ze nie możemy się ruszyć  a potem wdziera się do mózgu i namawia. I grozi. I szantażuje. Ale to wszystko kłamstwa. I krzyczy. Ściska. I to tak boli. - Przerwałam na chwilę. Jednak za nim kobieta naprzeciw mnie zdążyła się odezwać, ja podjęłam opowieść. - On mieszka w szafie. No, w szafie. Serio. Każdej nocy otwiera powoli drzwi. Najpierw wypuszcza swoje długie macki, bada teren. Dopiero potem powoli wypełza przez małą szczelinę między drzwiami. Pełznie po cichu do łóżka, wsuwa macki pod kołdrę i już wtedy można wyczuć ich oślizgły dotyk. I oplata, ściska, wpycha się do uchu i miesza nam w głowie. Naprawdę tak jest. Nie kłamię. A potem już robisz co on ci każe, bo obiecuje, że to ostatnie spotkanie. A kolejnej nocy jest tak samo. On jest wszędzie. Musimy uważać. Ale i tak nie ma ucieczki. - Wyrzucałam z siebie zdania jak karabin pociski, wiec gdy już skończyłam ledwo łapałam oddech. Nikt się nie odzywał dłuższą chwilę. Na twarzach obojga malował się niemały szok po tym co właśnie usłyszeli. W końcu jednak psychiatra zapytała:
-Gaja, więc to ona kazał ci to zrobić?
-Tak! - Nareszcie ktoś mnie rozumiał. - On działa podstępnie. Wszystko pamiętam, ale nie mogłam nic zrobić. On mnie kontrolował cały ten czas. Opuścił mnie dopiero po... I stałam na ciałami swoich rodziców, dwóch braci i siostry. Cała była we krwi, a ręku trzymałam nóż. W oddali słyszałam już syreny policyjne. Nie uciekałam. Pomyślałam, że jak im wszystko wyjaśnię to oni zrozumieją. Pani rozumie, prawda? - Nie czekając nawet na odpowiedź, mówiłam dalej. - Bo to nie byłam ja. Ktoś inny mną sterował. Ja odzyskałam kontrolę dopiero po fakcie. Ale pamiętam. Pamiętam wszystko.
DIAGNOZA: Jako adoptowane dziecko nie potrafiłam się zaaklimatyzować, czułam się odrzucona co odbiło się na mojej psychice. Odrzucenie przeobraziłam w potwora z szafy i na niego zrzuciłam winę za zemstę, która była kierowana bólem i obwinianiem o niego rodziny zastępczej.
----------------------------------------------------------------------------------
Odkąd trafiłam do szpitala (nikt tu nie mówi psychiatryk), potwór już się nie pojawił. Spędziłam pół roku w spokoju, rozmawiając z innymi pacjentami, chodząc na terapie i nareszcie się wysypiając. Jak każdego wieczora, gdy leżeliśmy już w łóżkach, był obchód. Potem mogliśmy jeszcze chwilę porozmawiać i następowała cisza nocna. Zadowolona otuliłam się kołdrą powiedziałam dobranoc moim dwóm współlokatorkom, gdy nagle poczułam znajomy chłód sięgający mojego łóżka. Otworzyłam oczy, choć doskonale wiedziałam co nadchodzi. Macki znowu mnie oplotły i szybko wpełzły do uszu. Ból mnie obezwładnił, nie mogłam się poruszyć a nawet krzyczeć. W głowie pojawiła się krótka komenda i cały czas dzwoniła mi w uszach: Zabij ich. Zabij ich wszystkich!

czwartek, 21 stycznia 2016

,,Organ"

Kiedyś posiadałam serce.
Przecież nie zawsze taka byłam.
------------------------------
Ona stale była blisko.
Widziała to
lecz w końcu zauważyła mnie.
Naga.
Okazało się,
że serce nie jest dobrym wynalazkiem.
Więc je zgubiłam -
to było łatwe.
Stałam się skorupą.
Byłam pusta.
Byłam martwa.
Odnalazłam więc moje serce -
to było łatwe.
Podczas nieobecności
serce się zepsuło.
Nie słuchało mnie!
Cierpiało.
Musiałam się go pozbyć.
Wyrwałam je więc -
to było łatwe.

piątek, 15 stycznia 2016

,,Koszmary"

-Jak było? - usłyszałam, gdy tylko weszłam do domu.
-Dobrze, tato.
-Co dziś robiłyście? - pytał dalej.
-Rozmawiałyśmy, jak zawsze. Dodatkowo dostałam nowe tabletki. To jakieś nowy wynalazek, który rzekomo pomaga w 98% przypadkach.
-To chyba dobrze. Będziesz coś jadła?
-Nie, dziękuję. Pójdę do siebie. - Wyjęłam z torby pudełko i wysypałam na dłoń jedną tabletkę. Nie różniła się niczym od poprzednich: mała, biała, okrągła. Straciłam wiarę, że taka mała rzecz może mi pomóc, ale połknęłam ją. Gdy tylko się położyłam, zakręciło mi się w głowie. Nie zdziwiłam się, przeżywałam to codziennie nawet kilka razy. Wiedziałam jednak co nastąpi za chwilę, dlatego szybko wstałam i poszłam umyć twarz, żeby trochę się rozbudzić.
Zeszłam na kolację z rodzicami. Co prawda, wcale ich nie jem, ale każdego wieczora siadam przy stole i robię moją najlepszą ,,wszystko jest w porządku" minę. Nagle zobaczyłam kątem oka jakiś ruch. Zmusiłam się, by tam nie patrzeć, bo po pierwsze: wiedziałam mniej więcej co tam jest, po drugie: naprzeciw mnie siedzieli zmartwieni rodzice. 
Kolacja się skończyła i rozeszliśmy się do swoich sypialni. Boję się choćby położyć, bo cień z jadalni za mną podążał. Wzięłam jeszcze jedną tabletkę, chodziłam po pokoju tak długo aż rozbolałby mnie stopy. Starałam się zająć swoje myśli czymkolwiek byleby tylko nie patrzeć na cień, który cały czas czułam. W końcu jednak zmęczenie wzięło górę i postanowiłam, ze tej nocy prześpię chociaż dwie godziny. Było ciepło i przytulnie, i już prawie zasnęłam (dzięki tabletkom?), kiedy nagle poczułam coś zimnego i mokrego owijającego się wokół mojej prawej stopy. Szybko wyskoczyłam spod kołdry, ale moje nogi nie dotknęły podłogi, lecz błota. Zaczęłam się zapadać. Chyba moja mama usłyszała hałas i przybiegła, bo nagle w ciemności zobaczyłam rękę, która chciała mi pomóc. Oczywiście ja złapałam i byłam wolna, brudna praktycznie od pasa w dół, ale wolna. Odwróciłam się do mamy, ale jej już tam nie było. Byłam sama w pokoju, na podłodze nie było żadnego błota, nie byłam nawet brudna. Bałam się wrócić do łóżka, ale byłam naprawdę zmęczona wszystkimi nieprzespanymi nocami, każdą halucynacją. Zasnęłam, ale miałam koszmary o pazurach, które mnie drapią coraz głębiej i głębiej, aż przebijają się na wylot i ja umieram.
Obudziłam się koło trzeciej nad ranem. Gdy spojrzałam na nadgarstki, brzuch i nogi rany ciągle tam były, podłużne dziury, z których lała się krew. Całe łóżko było we krwi, krew spływała na podłogę i jej poziom stale się podnosił. 
-To nie jest prawda, to nie jest prawda - mówiłam do siebie. Zamknęłam oczy i starałam się wyrównać oddech. Czułam się raczej dobrze, więc otworzyłam oczy, ale krew wcale nie zniknęła. Zrobiła się czarna prawie jak smoła. W niektórych miejscach wystawały z niej ludzkie szczątki, widziałam dłonie gotowe złapać cię w swój żelazny uścisk, tylko po to, by wciągnąć cię do siebie. Krew była już na wysokości łóżka, nie miałam jak uciec. Postanowiłam przejść po szafkach aż do drzwi. Stałam już na biurku, kiedy ktoś złapał mnie za kostki i mocno pociągnął. Nie zdążyłam nawet krzyknąć, kiedy moja głowa znalazła się pod powierzchnią. Zaskakująco krew była bardzo przejrzysta gdy patrzyłam naokoło siebie, jednak kiedy spojrzałam w górę, widziałam tylko ciemną masę z wystającymi kończynami. Nie ucieknę, więc chyba się tu utopię. Ktoś złapał mnie za koszulkę i pociągnął do tyłu. Przewróciłam się na ziemię. Byłam wykończona walką o życie. Leżałam w jakimś lesie. Byłam mokra, ale to na pewno woda, nie krew. Za moimi plecami coś zaszeleściło. Nie odwróciłam się, bo byłam pewna, ze to ten potwór, który był przedtem ze mną w jadalni. Biegłam najszybciej jak potrafiłam. Wiedziałam jednak, że on się zbliża, nieomal czułam jego obrzydliwy oddech na karku. Nagle coś mocno uderzyło mnie w plecy tak, że runęłam na ziemię. Potwór stał nade mną. Widziałam tylko jego kontury na tle nocnego nieba, ale to wystarczyło, by określić, że nie mam szans. 
-Czego chcesz? Dlaczego mi to robisz? -krzyczałam, lecz nie dostałam odpowiedzi. Czułam się całkowicie bezsilna i zmęczona, resztką sił starałam się oddalić od mojego prześladowcy. On jednak szybko pojawił się przy mnie i zaczął dusić. Straciłam przytomność. 
Obudziłam się. Nie byłam w swoim łóżku. Ja stałam. Było ciemno, a moje oczy się jeszcze do tego nie przyzwyczaiły. Wszystko mnie bolało, ale to nie był tępy ból, jak odczuwa się po nocy pełnej przygodowych snów. Ten ból był prawdziwy. Co więcej, było mi okropnie zimno. Miałam mokre ubranie, z włosów kapała mi woda. Czułam się bardzo dziwnie i nie potrafiłam jeszcze do końca ocenić czy to aby nie jest kolejny koszmar. Nareszcie widziałam jakieś kontury. Spojrzałam na nadgarstki - było pocięte, nogi podobnie, nie musiałam sprawdzać już brzucha. Rany jeszcze trochę krwawiły, ale nie tyle ile można było się spodziewać po takich obrażeniach. Podsumowując, stałam nie wiadomo gdzie, w piżamie, mokra, wykrwawiająca się. Byłam okropnie zmęczona, upadłam. Leciałam i z każdą sekundą czułam, że sznur coraz mocniej zaciska się wokół mojej szyi. To już koniec- pomyślałam.
W ostatniej chwili, ktoś złapał mnie tak, że sznur nie zdążył zacisnąć się do końca.